6 mar 2017






Zapraszam na mojego bloga pod adresem

2 gru 2016

DOMOWE SPOSOBY NA ZDROWIE

Nie mam wiedzy medycznej i nie jestem dietetykiem. Ale jestem mamą, która modli się, żeby jej dziecko nie musiało zażywać antybiotyków i ratuje się domowymi, naturalnymi metodami.
Przez te dwa lata, odkąd Tymek jest z nami, wytworzył mi się już mały zestaw matki wojowniczki, której póki co efektywnie udaje się zwalczać przeziębienia. Więc gdy kilka dni temu moja przyjaciółka poprosiła mnie o spisanie moich patentów na domowe leczenie, zrobiłam to z przyjemnością. Postanowiłam do tej listy dodać również suplementy, których zaczęłam szukać po konsultacji z naszym pediatrą, a które stosujemy od wczoraj :P Byłam do tej pory przekonana, że Tymek, który ma rozbudowaną jak na dwulatka dietę, bogatą w warzywa i owoce, nie ma opcji, żeby miał braki w witaminach. Dwa razy w tygodniu robimy wspólnie sok z jarmużu, pietruszki i rozmaitych owoców. Poddałam się jednak namowom pediatry i w okresie jesienno-zimowym postanowiłam dodać mu kilka suplementów. Wybrałam takie, które poleciły mi koleżanki matki z naszej facebook'owej grupy "Jestem Mamą Karwan". To bardzo świadome i dociekliwe matki - czyli najlepsze źródło obiektywnej informacji :) Wierzę, że podawanie dalej takich "złotych myśli" ma sens, temu publikuję poniżej nasze domowe patenty na walkę z przeziębieniami: 

Przy katarze:
- Maść majerankową do noska - Aromactive lub roztopiony tłuszcz z gesi na klatkę piersiową i plecki (bardzo rozgrzewa i dziecko się wypoci w nocy) - Stopy na noc moczymy w gorącej wodzie z solą morską i w ciepłych skarpetach wskakujemy pod kołdrę - Inhalacje sodą oczyszczoną 4 razy dziennie - Odciaganie kataru katarkiem (wcześniej używałam fridy, ale to słabizna. Ten wynalazek podłącza się do odkurzacza i bez porównania, porządnie wyciąga katar z małego noska)
Dodatkowo przy przeziebieniach robię naturalne syropy: - Syrop z cebuli z miodem (do tego czasem dodaje zabek czosnku) - Syrop z buraka z miodem
Oba te syropy na noc chowam do lodówki i nadają się do picia przez jakieś 2, góra 3 dni. Po łyżeczce co kilka godzin.

Świetnie pomagają wychodzić z przeziębienia również:
- Napar z miodem, imbirem, cytryną i goździkami.
- Kasza jaglana z gruszką i cynamonem.
- Rosół :)

Suplementy:
- Witamina C - ja kupuję Vitacea za około 8zł i podaję ją Tymkowi codziennie. 10 kropelek rano dodaję do wody w miodem przygotowanej na wieczor poprzedniego dnia (do zimnej wody dotewam trochę ciepłej), a do tego odrobinę pyłku pszczelego. Tak jak miód, pyłek pszczeli też może uczulać, więc ostrożnie. My najchętniej używamy miodu nawłociowego, bo jest ponoć najlepszy pod względem właściwości, porównywalny z rozsławionym miodem manuka, ale czasem kupuję gryczany lub lipowy.
- Witamina D3 - wcześniej dawałam Tymkowi Vigantal, a teraz D-vitum - codziennie bierzemy dawkę zaleconą przez naszego pediatrę.
- Tran - od wczoraj mamy Mollers, który kosztuje jakieś 22zł. Nasz pediatra poleca podawać tran w okresie jesienno-zimowym, niezależnie od podawania dziecku wit D.
- preparat wielowitaminowy Solgar Kanguwity - na te witaminy się zdecydowałam. Wczoraj do nas dotarły i Tymek już z przyjemnością wykonał test smakowy. Pastylki do ssania kosztują około 50zł. Moje znajome mamuśki z forum polecają też Multi Star lub Flavon Kids. Ten pierwszy kosztuje około 200zł, a Flavon około 150zł.
- Solgar DHA - zapłaciłam 117zł i dopiero w domu doczytałam, że to żelki, od 4rż. Brawo ja ;)
Moje koleżanki matki polecają też dobre probiotyki takie jak Sanprobi lub Esencja Probiotyczna.
Podkreślam, że to nie tekst naukowy, a jedynie moje osobiste wybory, którymi dzielę się, bo zakładam, że może coś z tego komuś się przyda i też pomoże, tak jak u nas :) Jak macie jakieś własne sposoby na profilaktykę czy zwalczanie przeziębień, piszcie! :)
Na zdrowie! :)




31 sie 2016

ANITA LIPNICKA & BEADY BELLE

         Nieprzewidywalność - to słowo, które opisuje wszystko, co się ostatnio dzieje....

         Jakieś 2,5 roku temu byłam na koncercie artystki, która jest dla mnie od zawsze wyjątkowa. Obok Edyty Bartosiewicz, to właśnie Anita Lipnicka jest dla mnie guru jeśli chodzi o naszą scenę muzyczną. Bo to nie tylko świetna wokalistka, ale przede wszystkim wspaniała poetka (tekściarka byłoby pojęciem zbyt banalnym w kontekście Anity) i kompozytorka, która w pięknym stylu, z wrażliwością i subtelnością, których jej zazdroszczę, opowiada poruszające historie i dzieli się swoimi cennymi refleksjami. Wiem jak wielu fanów pamięta jej stare przeboje. Ja też je pamiętam i kocham. Ale jeszcze cenniejsze jest dla mnie to, co tworzy dziś. I to jest genialne, że Anita rozwija się jako artystka w taki sposób, że wciąż chcę za nią podążać jako fanka. Nie płynie w morzu komercji, ale konsekwentnie tworzy piękne piosenki, produkując je w niebanalny i stylowy sposób. Jej płyta sprzed 3 tal zatytułowana "Vena Amoris" to krążek światowy i ponadczasowy. Dla mnie prawdziwy do szpiku kości, który nieraz przeorał mi duszę i wdarł się w krwioobieg tak jak lubię. Boli mnie, że niespecjalnie zauważony przez massmedia dotarł jedynie do "szperaczy". Choć to w sumie bez znaczenia. Wartości Anity i jej piosenek nie trzeba potwierdzać niczym. Ma swoją widownię, a ja jestem przekonana, że wielu starych fanów, powróci do niej podczas jesiennej, przekrojowej trasy koncertowej :)

         Pochwalę się nieskromnie, że spotkał mnie ogromny zaszczyt i podczas "Magicznego Zakończenia Wakacji z telewizją Polsat i RMF FM" wraz z Patrycją Łaciną-Miarką zaśpiewałyśmy Anicie chórki. Nasi mężowie grają w zespole Anity, więc zrobił się rodzinny wykon ;) Ale tak nam dobrze w tym gronie, że... trudno, świetnie (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi :)) W każdym razie, dawno nie śpiewałam dla tak dużej publiczności, a uczucie, że jestem częścią czegoś tak pięknego i wartościowego, ogromnie mnie uskrzydliło i uradowało :) Jestem za to ogromnie wdzięczna.
       











Tu nowy singiel Anity "Ptasiek"




         A a'propos pięknych koncertów, kilka dni temu byliśmy z Bartkiem i przyjaciółmi na Beady Belle, którą też szalenie uwielbiam! Posłuchajcie jeśli jej jeszcze nie znacie, bo to dla mnie geniusz wokalny... Kocham!!! :)








12 sie 2016

Ostatnia Strona "MADAME"

       Znowu jestem "Ostatnią Stroną MADAME", więc ponownie polecam Wam sięgnąć po ten pięknie wydany magazyn dla kobiet, którym się chce... :) Nowym numer porusza temat hipokryzji, a wygląda tak:



        Są w życiu momenty stagnacji, gdy bezpiecznej, w miarę przewidywalnej, wygodnej bardziej lub mniej rzeczywistości sobie po prostu trwamy. Są też takie, gdy czujemy, że wszystko się kotłuje i ustanawia na nowo. W tej chwili tego doświadczam. Znajomy grunt staje się niepewny i nieprzewidywalny. Część odpowiedzialności za takie odczuwanie przypisuję hormonom - w końcu po 22 miesiącach karmienia Tymka piersią, zakończyliśmy naszą drogę mleczną. Moje ciało jest jeszcze zdezorientowane, a i mózg obrywa. Ale cieszę się, że Tymek prędko pogodził się z zakończeniem swojej drogi mlecznej, a ja wytrwałam z nim i przy nim, tuląc go, tłumacząc i rozładowując jego emocje, jak tylko potrafiłam. Jestem dumna, że go w tym "odstawianiu od piersi" nie porzuciłam. Bałam się tego jak cholera, ale moje dziecko znów okazało się być mądrzejsze niż matka....
Przez prawie dwa lata czułam się częścią tajemnego kręgu, jaki tworzą kobiety karmiące piersią.... (tu następuje zamknięcie laptopa.... i ponowne otworzenie go kilka dni później). Nagle wypadłam z niego, wlatując prosto do jakiegoś kotła, w którym warzą się skrajne emocje obcych mi ludzi. Nie wiem jak to się dzieje, że od kilku dni bardziej niż kiedykolwiek, atakuje mnie zewsząd zła energia. Na poczcie niczego nie udaje się załatwić, a Pani z okienka zabija mnie wzrokiem. W przychodni też problemy z komunikacją, a ktoś inny patrzy na mnie jak na kosmitę. Na spacerze z Tymkiem jakiś młody kierowca wariat omal nas nie rozjeżdża itd. Za dużo tego na raz! Czuję w środku ucisk i niezgodę na to, żeby tę niechęć, nieufność i nienawiść przechwytywać i żywić swoimi nerwami. Wiem, że gdy skupiam się na jakiejś negatywnej sprawie, przyciągam kolejne złe wydarzenia i emocje. Widocznie tak działa kosmos. Ale niech to się już skończy, bo wystarczy jeszcze moment, a znienawidzę ludzi i ucieknę w dzicz... Zresztą sercem i myślami wciąż jestem jeszcze w Górach Sowich, gdzie spędziłam ostatnio weekend z moją przyjaciółką. Cudownie tam... Las skrywający tajemnicze góry, jezioro, delikatny wiatr na skórze i ta cisza... Najpiękniejsza i najprawdziwsza pełnia. Ommm...


ja i wiatr 

ja i Pat









27 maj 2016

Mrówcza robota...

          Na Dzień Matki przymaszerowała do mnie cała brygada mrówek. Zaczęło się od jednej czy dwóch, które przespacerowały się wzdłuż korytarza, żeby dwa dni później roiło się tu od tego "czarnego sezamu na nóżkach", który popierdziela po naszym białym korytarzu. Sama sobie jestem winna, bo Pańcia wystawiła śmieci przed drzwi zamiast wynieść je do kosza. Wystarczyło pokonać próg i "Welcome Home". Tymek ma frajdę i ćwiczy mówienie "co to?", za to ja mam już schizę, że te mrówki chodzą mi po plecach i nogach. Z wygooglanych domowych sposobów na pozbycie się niechcianych lokatorów, testuję proszek do pieczenia (choć nie wiem, czy aby ten ekologiczny, którym je akurat poczęstowałam nie przypadł im do gustu), cynamon i ocet - ten ostatni zdaje się być póki co najefektywniejszy. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli sięgać po drastyczniejsze metody i niechcianą chemię.
A'propos octu jabłkowego, to również mój nowy kosmetyk :P Koleżanka poleciła mi zmywać makijaż oliwą z oliwek, a później przemywać twarz octem z wodą. Następnie testuję różne kremy z próbek, nie mające w składzie parabenów, PEGów czy SLSów. Nie mam jeszcze swojego faworyta. Ponoć czarne mydło z węglem, jeśli chodzi o czyszczenie twarzy, jest genialne. To chyba kolejny lewel, który osiąga się naturalnym rozpędem, gdy analizuje się skład nie tylko jedzenia, ale również środków czystości i kosmetyków. Strona www.srokao.pl jest mi bardzo pomocna. Kupowałam kilka dni temu krem z filtrami przeciwsłonecznymi dla Tymka. Wybrałam La Roche Posai.

       Zaczęłam ten post pisać wczoraj wieczorem, ale literki mnie przerosły, więc poszłam spać. Poranna walka z mrówkami stoczona, Tymek zjadł kaszkę orkiszowo-owsianą na mleku ryżowym z jabłkiem, cynamonem i rodzynkami. Ja piję kawę. Muszę się zacząć ogarniać, bo za kilka godz. przyjeżdżają moi rodzice z ciocią. Zaraz wyślę chłopców na zakupy, a sama spróbuję dopraowadzić swoje zwłoki do porządku, upiec super szybką tartę z truskawkami, ugotować barszcz ukraiński, przywitać gości gdy już dotrą i pognać na wywiad do Radia Luz, w którym będę opowiadać o płycie i o sobotnim koncercie na Odra River Cup we Wrocławiu. Przez ostatnie dwa dni mieliśmy próby do tego koncertu. Fajnie się gra ten materiał i cieszę się na to koncert na plaży w centrum miasta. W pon. mam natomiast występ z orkiestrą Dziubek Band w CS Impart, a 4-go czerwca (w moje urodziny :)) gram z nimi na Wrocławskim Rynku, z okazji wydarzenia, zatytułowanego Europa Na Widelcu. Jeśli z czymkolwiek Wam po drodze, to zapraszam serdecznie :) Najbardziej oczywiście na sobotni koncert, bo będę grać z moim cudnym zespołem, autorskie piosenki :)

Na zachętę filmik z wczorajszej próby na moim FACE BOOK'u :) Miłego dnia!




13 maj 2016

1:1 dla CGM

       Miałam ostatnio przyjemność 1:1 z pewnym ciekawym mężczyzną. Relacja z tego spotkania tutaj CGM - 1:1 Artur Rawicz vs Alicja Janosz ;)

     
       Nie będę się rozpisywać, tylko zaproszę Was do posłuchania o Retronowej :) Miłego dnia! 

6 maj 2016

Marcin Prokop w moim zespole :) / W tym roku malin nie będzie...

      Przedwczoraj broiliśmy z Bartkiem Miarką, Kamilem Pełką i Bartkiem Niebieleckim w DDTvn :) Wystąpiliśmy na żywo (nie, nie z półplaybacku, ale na żywo! :)) z moją piosenką "Gdy przychodzi noc". W życiu bym się nie spodziewała, że w moim składzie muzycznym znajdzie się też Marcin Prokop :) A radość moja z tego, że wszystkim w studio DDTvn się bardzo podobało, ogromna!!! :) Jednak radość z tworzenia w domowym zaciszu to jedno, ale szczęście dzielenia się swoją muzyką i poczucie, że ktoś to lubi i docenia - bardzo przyjemne i motywujące do dalszej walki o swoją muzyczną tożsamość :) Dziękuję za to miłe doświadczenie :) No i Tymek opanował studio i znów się okazał sprzedajnym typem i wspaniałym podróżnikiem :) W drodze do Wawy poprzedniego dnia spał jak suseł, a o poranku, mimo, że pierwszy raz to ja musiałam go obudzić, w wyśmienitym jak zwykle humorze buszował po studiu. Dziecko stworzone do podróżowania na koncerty, co tu dużo gadać ;)
A nasz wykon tutaj, jeśli macie ochotę zobaczyć/posłuchać http://dziendobry.tvn.pl/










      Mam czasem wrażenie, że niestety zbytnio nie da się odlecieć ponad powierzchnię Ziemi, albo przynajmniej nie na zbyt długo. Wczoraj dowiedziałam się, że nasz Malinowy Król miał zawał, którego nie przeżył. Kim był Malinowy Król? Panem, którego dom mijałam niemalże codziennie. Który w ubiegłe wakacje nie pozwolił mi przejść z wózkiem obok swojego domu, jeśli nie sprezentował mi przynajmniej jednej kobiałki słodkich malin ze swojego ogródka. Nigdy nie chciał w zamian pieniędzy. Zawsze tylko mówił, że czeka na moją płytę. Wczoraj powiedziałam mojej sąsiadce, że wreszcie mogę się wybrać do Malinowego Króla z nowym krążkiem i że cudownie, że znów jest ciepło i znów będziemy miały, zwłaszcza dla dzieciaków te pyszne, niepryskane chemią maliny, jagody etc. Zasmuciła mnie złą wiadomością... Nie znałam tego Pana zbyt dobrze. Ale przy każdym spotkaniu dostawałam od niego nie tylko maliny, ale też dowód na ludzką życzliwość, bezinteresowność i zwykłą, ludzką sympatię, na którą nie wszystkich dziś stać... Żałuję, że nie zdążyłam podziękować za zeszłoroczne maliny płytą na którą bardzo czekał, a która na szafce z butami czekała, z przeznaczeniem dla Malinowego Króla... :( Refleksja jest tylko jedna - nie odkładajmy niczego na jutro...


30 kwi 2016

Playlista na dziś :)


      Nie mogę się uwolnić od tej piosenki, Piotra Zioła...  


      Mocno doors'owy, grunge'owy kliat, który mega mi się podoba (jakkolwiek możńa to napisać ;)). Początek przypomina mi czołówkę serialu "Callifornication" i natychmiast mam w głowie hipiserkę, która mnie nęci. Czad! :) I szacun wielki za takie dźwięki i piękne teksty. Katuję na zmianę z Riffertone, Melą i Anitą Lipnicką, jeśli chodzi o polskich wykonawców. Ale poza tym tak w domu ciągle brzmi David Gilmour, Al Green, Marvin Gaye, George Harrison, którego odkrywam na nowo, kompletnie inna, psychodeliczna trochę i wciągająca Aurora, czy folkująca Tina Dicow na zmianę z Jonni Mitchell i Joan Baez. Jeśli kogokolwiek z nich nie znacie, wpisujcie w YouTube albo na Spotify i odkrywajcie, bo to tyle pięknych dźwięków, że sama unieść nie zdołam... ;) 

      A jutro Święto Gitary we WrocLove! :) W ubiegłym roku miałam przyjemność zagrać z moimi chłopakami dwa swoje kawałki. W tym roku będę pod sceną z Tymkiem i jak dam radę technicznie, to również ze swoją gitarą akustyczną :) Ktoś z Was się wybiera? Na szczęście cudowna pogoda! I ja żyję! Mam siły i chęci by robić cokolwiek! Gdybym miała mieszkać chociażby w deszczowym Londynie, zwiększyłabym pewnie statystyczną liczbę samobójstw. Bo ja potrzebuję słońca tak bardzo, że czasem mnie to przeraża. Chyba jestem jak kwiatek albo chwast ;) 

Ps. I jeszcze coś pięknego na miłą resztę dnia :) 









25 kwi 2016

Płyta nowa - RETRONOWA :)

      Kilka dni temu ukazała się moja płyta pt. RETRONOWA.


      O ile nie miałam problemu z napisaniem 14 tekstów, o tyle z wymyśleniem tytułu problem miałam ogromny. Na szczęście jest Bartek, który wykazał się kreatywnością, zamykając w paradoksalnym wyrazie wszystko, co na tym krążku się znajduje. Bo muzycznie sięgnęliśmy do tego co stare. Budując szkice piosenek, mieliśmy w głowach granie w latach 60-tych i wszystko, co wychodziło z legendarnej wytwórni Motown. Dotarły już do mnie pierwsze recenzje płyty, póki co bardzo łaskawe i pochlebne, co mnie oczywiście cieszy, ale co najważniejsze, recenzenci zauważają i podkreślają spójność w wydawałoby się dość schizofrenicznym, bo mocno zróżnicowanym gatunkowo materiale. Jest to mieszanina bluesa, soulu, funky, rock'n'rolla, wyprodukowana jednak dość popowo i nowocześnie. Stąd też drugi człon tytułowego wyrazu. Najbardziej cieszy mnie jednak to, że recenzujący płytę dziennikarze muzyczni, podkreślaną iż ogromną wartością RETRONOWEJ jest pozytywny (nie infantylny) ładunek enrgetyczny i uśmiechalność, jaką ta muzyka ze sobą niesie. Nagrywałam ją będąc w 4 miesiącu ciąży, więc niemożliwością byłoby, żeby było inaczej, choć jeden utwór (piosenka "Oddycham") był dla mnie szczególnie trudny do zaśpiewania, gdyż było to swego rodzaju trudne pożegnanie. Ale zaczynając pracę nad tą płytą, chciałam podzielić się ze słuchaczem tym, co głęboko wierzę, że jest wartością w moim życiu. Mam wielką nadzieję, że nie będziecie mnie oceniać przez pryzmat stereotypu gwiazdki talent show i przeterminowanego produktu, ale bez uprzedzeń i wcześniej założonych już opinii, sięgniecie po ten krążek. Bo jeśli tylko potrzebujecie się doładować, pobujać, uśmiechnąć i zdystansować - to naprawdę to płyta dla Was :) Ode mnie :)
Życzę miłego słuchania i mam nadzieję, do zobaczenia na koncertach z RETRONOWĄ :)

Płyta jest dostępna tutaj:
http://www.empik.com/retronowa-janosz-alicja

A pierwszy singiel i teledysk do obejrzenia i wysłuchania tu, drodzy Państwo :)

 


26 sty 2016

NFM - tam się czuję Eurpejką :)

       Przedwczoraj graliśmy z HooDoo w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu. Będąc tam kilka tygodni temu, na koncercie z okazji 10-lecia orkiestry Adama Sztaby, zamarzyłam, żeby móc kiedyś stanąć na tej scenie. Wspaniała, widowiskowa, przepiękna sala ze światowym nagłośnieniem, licząca 1800miejsc. Wrocław może być dumny z tego miejsca, bo jest świat. A moje marzenie szybko się spełniło i muszę Wam powiedzieć, że ze sceny NFM robi jeszcze większe wrażenie :)
W każdym razie, zagraliśmy z HooDoo przed Panią Ewą Bem podczas 6 Noworocznego Koncertu Charytatywnego, jaki zorganizował kabaret NeoNówka. A graliśmy na rzecz Wrocławskiego Hospicjum dla Dzieci.


                                            Z Ewą Bem, Pat i Leonkiem 


       Ponieważ mój mąż do 24 grudnia (bo wtedy dostał wymarzony prezent) stał się fanatykiem kręcenia filmików swoją nową, wypasioną kamerką gopro, to nakręcił nasz występ wprost ze sceny. I dzęki temu, mogę się z Wami podzielić naszym występem :) Choć mnie i Pat nie widać, słychać nas, a podziwiać możecie trampki Bartka, tyłek Stagracza i Łosia oraz profil Świętego ;)



     


2 sty 2016

POSTanowienia Noworoczne?

     Macie postanowienia noworoczne? Mnie się kojarzą ze słomianym zapałem. Bo przecież gdy coś naprawdę chcemy zmienić, robimy to ad hoc, a nie czekamy na początek kolejnego roku czy chociażby na popularny (zwłaszcza jeśli chodzi o kobiety i ich diety) poniedziałek. Ponoć statystycznie też większość postanowień stawianych sobie na przełomie starego i nowego roku kończy się niepowodzeniem. Bardziej wierzę w zasadę pięciu minut, która mówi, że jeśli od momentu pojawienia się jakiegoś pomysłu nie wykonamy żadnego, chociażby najmniejszego ruchu by go zrealizować, to najprawdopodobniej wcale go nie zrealizujemy. Wystarczy więc choć zapisać ten pomysł by znacznie zwiększyć szanse na to, że znajdzie on swoją kontynuację w przyszłości.

     W związku z tym, życzę i Wam i sobie, abyśmy miewali nie tylko świetne pomysły, ale też potrafili je realizować :) Każdemu życzę zdrowia i mądrości. Żeby nam cała energia wszechświata sprzyjała i byśmy sami taką energię generowali. Żebyśmy siebie nawzajem umieli dostrzegać i słuchać z życzliwością i otwartością serc, nie tylko od święta i w święta. I żeby każdy z nas stał się choć trochę lepszym rodzicem, partnerem, przyjacielem, córką czy synem itd. Suma sumarum na Ziemi będzie trochę lepiej w tym 2016 :) Oby! 

Ściskam Was gorąco w tę Syberyjską zimę! 





10 gru 2015

MAMA - Penelope Cruz, wspaniała!!!

        Dziś byłam w kinie. W dodatku nie sama i nie z mężem ani z koleżanką (choć koleżanka też w sumie była), ale z przystojnym, fascynującym, młodym blondynem, o imieniu Tymon :) Mamy szczęście, że we Wrocławiu co czwartek w kinie Nowe Horyzonty organizowana jest tzw. Wózkownia, w ramach której wyświetlany jest o godz. 11:00 jakiś film, na który mogą bez problemu przyjść rodzice z małymi dzieciaczkami. Dzięki temu, że w kinie panuje półmrok, między fotelami a ekranem jest stworzony prawdziwy plac zabaw dla maluchów, a do tego na sali są obecne dwie fantastyczne dziewczyny, które zajmują się brykającymi maluchami, można naprawdę obejrzeć film. Co za raj! Dlaczego ja mam taki zapłon jaki mam i dopiero dziś udało mi się tam dotrzeć?! Durna jestem, bo się stresowałam najpierw, że jeszcze Tymek jest za mały, a później, że już za duży. A były mamy z niemowlaczkami i z kilkuletnimi szkrabami. Rewelacja! :) I jeszcze na jaki seans trafiłam! Niezwykle poruszający, wspaniały, hiszpański film pt. MAMA z Penelope Cruz w głównej roli. Dla mnie to nominacja do Oscara. Cudowna... Takie filmy jak ten, po prostu dają po pysku. Ryczałam jak bóbr. Dobrze, że kupując kawę zwędziłam trochę serwetek. Zobaczcie trailer, a będziecie wiedzieli co mam na myśli... 


      
     A serce moje tulę dziś do snu jeszcze mocniej i jeszcze bardziej chcąc być tu i teraz i doświadczać tej chwili wszystkimi zmysłami... 





28 lis 2015

Miała być pigwówka, jest konfitura pachnąca orientem.

      No to zaczął nam się ten przedświąteczny czas. Mimo agresywnych reklam potencjalnych "prezentów", zabieganych tłumów i kolejek we wszystkich możliwych sklepach oraz ujemnych temperatur i przymusu ubierania się "na cebulkę" i tak bardzo lubię. U mnie takim symbolicznym momentem jest zawsze pierwszy okołoświąteczny, charytatywny koncert. Kilka dni temu graliśmy z moim gitarzystą Bartkiem Miarką na rzecz podopiecznych fundacji Mam Marzenie. Natomiast już 5go grudnia z całym zespołem zagramy Koncert Przyjaciół Radia Ram, oczywiście we Wrocławiu. Zapraszam Was serdecznie, jeśli macie możliwość przyjechać, bo będzie sporo tutejszych artystów, których sama bardzo lubię (nie tylko na scenie), m.in. Natalia Lubrano, Natalia Grosiak czy LUC. A my przygotowujemy na tę okazję same nowe piosenki (w tym Pastorałkę dla Tymka). 

      Chyba się starzeję, bo zrobiłam konfiturę pigwową (pierwszy raz w życiu robiłam coś takiego, a jaka radocha!). Miała być nalewka, ale jak zaczęłam czytać o prozdrowotnych właściwościach pigwy, to stwierdziłam, że szkoda ją zalewać spirytusem ;) Ponoć to najstarszy owoc świata i to właśnie pigwę, nie jabłko, Ewa miała ofiarować Adamowi. Jest bogata (pigwa, nie Ewa) w pektyny, które wiążą i usuwają z organizmu toksyny i metale ciężkie, a dodatkowo zmniejsza kaloryczność potraw i wchłanianie cukrów. Ma w sobie polifenole, które "wymiatają" wolne rodniki, odpowiedzialne często za powstawanie nowotworów. Jest ponoć świetna na infekcje górnych dróg oddechowych, bo zawiera przeciwutleniacze, działające bakteriobójczo. Nie doceniałam tej pigwy jednej, a tu poszę, jaka dobra z niej sztuka. Jeszcze powinnam zrobić ładne etykiety i jakieś szmatki na zakrętki i mogę stawać ze straganem z kilkoma słoikami ;) 


       
       A skoro już tak pro-zdrowotnie, to jeszcze Wam napiszę o witaminie C lewoskrętnej, którą polecili nam znajomi. Niedawno zaczęłam ją pić co rano z letnią wodą i miodem lipowo-gryczanym. Poszukajcie info w sieci, jeśli chcecie się dowiedzieć o niej więcej. W każdym razie, mam nadzieję, że poza właściwą dietą i nie narażaniem się na przeziębienia i zarażenia, to dobry sposób na wsparcie układu odpornościowego i przetrwanie tej zimy w zdrowiu, bez jakiejkolwiek chemii... Rozgrzewająca z rana jaglanka z owocami, cynamon, goździki, miód i imbir (w postaci naparów) górą! Oby nas uchroniły przed choróbskami. Wam też życzę dobrego zdrowia! :) 



20 lis 2015

Nie daję klapsów i potępiam takie zachowanie. Matki wywód na temat, poparty wynikami badań i przepisami prawa.

        Nie pretenduję do roli autorytetu w dziedzinie karmienia czy wychowywania dzieci. Ale jak każda mama, mam prawo dzielić się swoimi doświadczeniami, subiektywną oceną czy zgromadzoną wiedzą. Ponieważ wczoraj, 19 listopada mieliśmy Międzynarodowy Dzień Zapobiegania Przemocy wobec Dzieci, postanowiłam, że ten wpis będzie poświęcony właśnie temu tematowi.
     
        Oglądałam wczoraj program "Świat Się Kręci", w którym przeprowadzono sondę na temat stosowania klapsów. Okazuje się, że ponad połowa Polaków aprobuje tę "metodę wychowawczą". Szczerze mnie to załamuje, jako matkę, jako człowieka... Nie ogarniam, jak można się łudzić, że bicie dzieci czegoś dobrego je nauczy? Jak można podnieść rękę na najwspanialszą na świecie istotę, której się dało życie? Badania jasno mówią, że klapsy niczego nie uczą dzieci. Czemu więc wciąż tak wielu z nas uważa, że jest inaczej i je stosuje? Nawet jeśli sami tak byliśmy wychowywani, to przecież nie jesteśmy niewolnikami metod, które stosowali nasi rodzice. Choć ja tylko jeden jedyny raz w życiu dostałam od taty klapsa. Do dziś pamiętam upokorzenie oraz poczucie krzywdy i zdrady, jaką wtedy czułam. Tyłek bolał kilka sekund, bo to był lekki klaps, ale te uczucia i całe zdarzenie pamiętam do dziś.
        Ja jestem matką wariatką. Wiem, nie wszyscy mają czas na czytanie poradników dot rodzicielstwa miłości albo po prostu tego nie czują i nie chcą. Ale każdy powinien wiedzieć, że podnosząc rękę na dziecko, pokazuje mu, że chcąc wyegzekwować coś dla siebie, można skrzywdzić tego, kogo się kocha. Pokazuje, że stosowanie przemocy jest narzędziem, którym można i warto się posługiwać. Jeśli dajesz klapsy swojemu dziecku, nie dziw się później, że Twoje dziecko będzie lać innych, słabszych od siebie. Uczy się tego właśnie od Ciebie... Od rodzica, którego bezwarunkowo kocha i któremu bezgranicznie ufa, a który je krzywdzi, zawodzi i poniża zamiast starać się je rozumieć i pomagać mu radzić sobie z silnymi emocjami. I który łamie prawo, bo od 2010 roku klaps jest uznawany za przemoc wobec dziecka i jest to czyn karalny. Miejcie tego świadomość, rozdawacze klapsów... A jak któryś z Was mi powie, że on też dostawał klapsy i dzięki temu wyszedł na ludzi, albo że czasami to jedyne i ostateczne rozwiązanie jakie przynosi pożądany rezultat, to opadają mi ręce i chce mi się walić głową w ścianę. Przemoc rodzi przemoc! Koniec kropka. A co dziecko zrozumie? Że musi kłamać, manipulować, oszukiwać, żeby nie oberwać ponownie za to samo. I tyle nauki z klapsa.

        Wiem, jesteśmy tylko ludźmi i mamy swoje słabości. Ale będąc rodzicami, naszym obowiązkiem jest pracować nad sobą tak, by panować nad własnymi emocjami i być wsparciem dla naszych dzieci, które w konfrontacji z własnymi silnymi przeżyciami, szukają w nas wsparcia i wzoru. Bądźmy więc rodzicami kochającymi i wspierającymi, a nie tymi, którzy poniżają i krzywdzą. A w chwilach skrajnej złości, zróbmy coś, żeby się rozładować z dala od dzieci i do cholery odpuśćmy... Wierzę głęboko, że wiara w dobrą naturę dziecka i kierowanie się empatią i miłością to klucz do powodzenia w wychowywaniu dzieci. Wielu rodzicom się to świetnie udaje. Dlaczego więc Tobie czy mi miałoby się nie udać? :) Szanujmy tych maleńkich wspaniałych ludzi i stawajmy się dzięki rodzicielstwu osobami bardziej wartościowymi, mądrzejszymi... Bo to największe życiowe wyzwanie, ale też najlepsza lekcja pokory etc. A poznając nasze dzieci, dowiadujemy się wiele o sobie... Tylko musimy tego chcieć i nad tym pracować...

     Ok, teraz z zupełnie innej bajki, znacznie lżejszy i przyjemniejszy temat na zakończenie :) Chcę podziękować dziewczynom z TOGAFLO za cudne prezenty jakie dostał Tymek! :) Kocyk śliczny, a półka/garaż na samochodziki wymiata i ratuje nas o poranku, bo Tymcio złazi z łóżka i bawi się samochodami, a my możemy jeszcze chwilę pospać... Chwała za to komuś, kto wymyślił ten ścienny garaż! :) A sklep polecam, zwłaszcza, że czas prezentów się zbliża, bo sporo tam perełek... Dziewczyny działają stacjonarnie we Wrocławiu, ale prowadzą również sprzedaż internetową. O, takie cuda robią mamuśki:







9 lis 2015

by conversy nie wrosły mi w skórę...

    Nadszedł moment, kiedy się wystraszyłam, że dres i brudne conversy wrosną mi w skórę i że kiedyś wyskoczę z okna (Całe szczęście mieszkamy na parterze... ;)) 
Wiele razy pisałam o tym, że pomiędzy godzinami zabaw i przytulanek, długich spacerów, gotowaniem i sprzątaniem itd., my, młode matki wariatki, musimy mieć chwile dla siebie samych. Momenty wolności od jakiejkolwiek odpowiedzialności i czas na samorealizację. To nic odkrywczego i niby nic trudnego. Ale do cholery, dla mnie to wcale nie takie łatwe... Jak się jest mamą, jak mówi o mnie moja przyjaciółka, na 150%, trzeba się nauczyć odpuszczać i skupiać na sobie... Tylko że trzeba jeszcze pójść o krok dalej... 

    Wiele kobiet nie wraca do swojej pracy po urlopie macierzyńskim. Sporo z nas zakłada kobiece biznesy, często związane z dziećmi, wokół których zaczął kręcić się nasz cały świat. Bo macierzyństwo bardzo wiele zmienia. Przed wszystkim nas same... Jeśli o mnie chodzi, to zaczęłam w pewnej chwili widzieć siebie jako 150cm marności i cień swojej byłej niedoszłej kariery, która się już nigdy nie rozwinie, skoro moją nadrzędną misją życiową, jest teraz wychowywanie Tymulka. Wiem, że to brak snu i niemoc, która ogarnia czasem każdego śmiertelnika, a zwłaszcza ambitne, głodne odkrywania świata ekstrawertyczki. Ale ja też zaczęłam kombinować, czy nie powinnam może zająć się czymś innym... Bo przecież marna ze mnie wokalistka, a chcąc grać dobrą muzykę, ciągle pod górkę... Zaczęłam szukać na nowo swojego miejsca w świecie, ale szamotałam się jak motyl w słoiku z podziurawioną nakrętką, której być może już nikt nigdy nie odkręci. Zaczęłam kombinować, co ja bym mogła jeszcze w życiu robić... Przecież pasji mam milion. Ale doszłam do tego, że ani szycie, które jest dla mnie dużą frajdą, nie jest dla mnie aż tak fascynujące jak bycie na scenie, ani PR czy Reklama, której uczyłam się na studiach nie dadzą mi tyle emocji. Nauka śpiewu spala mnie energetycznie, a praca w korpo z moim hipisowskim podejściem do życia totalnie odpada. W niczym poza śpiewaniem nie czuję się tak indywidualna i twórcza. I nic mnie aż tak nie uszczęśliwia... Ale przez chwilę w to wątpiłam, powiem szczerze... 

      Miałam wielkie szczęście, bo przedziwnym (znowu!) zbiegiem okoliczności, poznałam rewelacyjnych ludzi - coachów z zespołu Active Strategy - Anię Aftowicz i Wojtka Paździora. I zdecydowałam się na coaching z nimi... Wiedziałam, że aby ruszyć z miejsca, muszę coś zrobić, a alternatywą do coachingu była jedynie psychoterapia. Jednak wizja rozkładania "traum z dzieciństwa" na czynniki pierwsze na kozetce psychoterapeuty jakoś do mnie nie przemawiała. U mnie rozbijało się raczej o "zastój w karierze zawodowej" i brak pewności, w którą stronę dalej iść... Postawiłam na coaching i muszę szczerze powiedzieć, że jestem zachwycona!!! :)  Z zacięciem piszę o tym, bo myślę sobie, że jeśli choć jedna osoba, która "mnie przeczyta", zdecyduje się zainwestować w takie psychiczno-emocjonalne SPA i dozna takiego oczyszczenia, jakiego ja doznałam, układając sobie wiele kwestii w swojej głowie zupełnie od nowa, to warto rozszerzać i promować tego typu usługi. Dzięki pracy z Anią i Wojtkiem, a właściwie dzięki ich pomocy (bo nasze sesje odczuwałam bardziej jako rozmowę i pewnego rodzaju trening z przyjaciółmi), którzy świeżym spojrzeniem i swoim doświadczeniem i wiedzą chcą się ze mną dzielić, by odnaleźć we mnie to co najlepsze, zupełnie na nowo, świadomie i krok po kroku, poukładałam sobie siebie... Uświadomiłam sobie jakie są moje wartości, pasje i talenty i jak mogę je w swoim życiu ze sobą łączyć. Zaplanowałam sobie swoją mapę kariery i zwizualizowałam cele, jakie chcę w życiu osiągnąć. Nazwałam to, co wcześniej pozostawało nienazwane i tylko intuicyjne. Wyzbyłam się wszelkich metek i etykietek, które podstępem przez lata wdzierały się w moją podświadomość i rzucały spory cień na poczucie własnej wartości, utrudniając mi przy tym niewyobrażalnie podążanie w stronę rozwoju i samorealizacji, w stronę spełnienia i własnego szczęścia. Nie bez powodu mówi się, że naszymi największymi wrogami jesteśmy dla siebie my sami... Myślę, że wreszcie, mając 30 lat, zażegnałam tragiczny konflikt tego kim sama chcę być, a kim inni chcą bym była i moich wyobrażeń na ten temat. Że mam w końcu za sobą to poczucie, że podążając za własnym sercem i instynktem, przyniosę rozczarowanie komuś innemu. Pogodziłam się z tym, na co wpływu nie mam, a swoją energię postanowiłam skoncentrować na tym, co mnie buduje, a nie niszczy. I po raz pierwszy zaczynam doceniać samą siebie... Uczę się tego. Ale przede wszystkim wiem, że muszę budować siebie nie tylko w roli mamy... A dzięki temu będę jeszcze lepszą mamą ;) W kwestiach zawodowych znalazłam wreszcie świetnego partnera - mojego nowego managera, Marcina. Wierzę, że to, co już zaplanowaliśmy, wspólnie wcielimy w życie i że z moim cudnym zespołem zagramy wiele, wiele dobrych koncertów, promując nowy materiał. No! Tyle w mojej głowie zmian :) 

A na koniec zapraszam na koncert :) 
Co roku w okolicy Świąt Bożego Narodzenia gramy charytatywnie, więc i tym razem tradycja musi być podtrzymana. Już za niespełna dwa tygodnie zagramy we Wrocławiu akustycznie z moim gitarzystą, Bartkiem Miarką na rzecz podopiecznych fundacji "Mam Marzenie". Koncert odbędzie się w klubie Nietota na ul. Kazimierza Wielkiego 50 o godz. 18:00, a obok nas na scenie wystąpi także Lech Janerka, Tomasz Nitribitt czy zespół Me Myself and I. Zapraszam w imieniu nas wszystkich! :) 



Ps. Gdybyście też chcieli znaleźć Anię i Wojtka, to są tutaj: Active-strategy.com i tu: http://active-strategy.com/coaching-kariery/ i jeszcze tu Wojtek: https://pl.linkedin.com/in/wojciechpazdzior a tu Ania:https://pl.linkedin.com/in/aniaaftowicz 





26 paź 2015

uzewnętrzniam się i dzielę tekstem piosenki dla Tymka...

      Po moim totalnie improwizowanym dziś obiedzie (jeszcze chwila i Masterchef będzie mi fartucha wiązać ;)), chłopcy poszli na jesienny spacer, a ja mam sjestę z kawką i laptopem. Gdy przychodzi taki wyczekany czas, kiedy zostaję "ze sobą sam na sam" (nie licząc Molki, która leży na kanapie przy moich nogach), jest mi nieswojo i nerwowo wyczekuję, aż ktoś (wiadomo kto :)) zakłóci ten "błogi spokój"... Wiem, jestem porąbana. Zamiast się cieszyć i w tym czasie położyć się spać, albo coś poszyć, łapię schizę... Natura nas nieźle wkopała z tymi babskimi ambicjami bycia idealnymi matkami, żonami i kochankami. I choć wiem, że odskocznia jest niezbędna, by nie zwariować, wciąż mam wyrzuty sumienia i ciągle nie potrafię być egoistką jeśli chodzi o moich mężczyzn... A i jeszcze kobietami sukcesu musimy być przecież wszystkie - ja z tym chyba mam największy problem... Bo pozostałe role pochłaniają całą moją energię i cały czas... Ale jest światełko w tunelu, bo na horyzoncie trochę roboty! W sumie napisałam z Bartim i nagrałam w tym miesiącu jeszcze trzy piosenki, więc nie próżnowałam tak do końca, ale dopóki nie skonfrontuję tego ze światem, pewnie będę tkwić w poczuciu stagnacji i bezproduktywności... Na dowód (chyba bardziej dla siebie niż dla kogokolwiek innego ;)), że coś jednak powstaje wśród tych szarych ścian, wklejam tekst piosenki dla Tymka, która powstała jakieś dwa tygodnie temu, gdy mały już spał, a Bartek zaczął grać na gitarze świetny, inspirujący motyw. Robiąc coś w kuchni zaczęłam śpiewać i się napisała świąteczna pieśń z takim oto tekstem dla Tymusia... :)


Świąteczny czas porusza mnie 
Jakoś mocniej, niż do tej pory 
Bo odkąd Ciebie mam, mam dla kogo chcieć 
By lepszy był świat, nie tylko tej nocy... 

Więc życzę Tobie i sobie i wszystkim, których w sercu mam 
By zawsze, na zawsze, życzliwość każdy w sobie miał 
By czuł się kochany i szczerze kochał sam 
Potrafił wybaczać, a z błędów się śmiał 

Nie marzę już o Cudach Świata 
Bo żaden z nich do pięt Ci nie dorasta 
Lecz jest jedna rzecz, za którą wiele bym oddała 
To pewność, że krzywd w życiu nie zaznasz... 

Więc życzę Tobie i sobie i wszystkim, których w sercu mam 
By zawsze, na zawsze, życzliwość każdy w sobie miał 
By czuł się kochany i szczerze kochał sam 
Potrafił wybaczać, a z błędów się śmiał 



13 paź 2015

Głodna grania, przestała sprzątać zabawki...

       Jutro gramy koncert z HooDoo w Schodach Donikąd! :) Cieszę się jak wariatka, bo tak chce mi się grania i sceny... Kilka dni temu byłam w Narodowym Forum Muzyki na koncercie z okazji 10-lcia istnienia orkiestry Adama Sztaby. Siedziałam obok sceny i omal na nią nie wbiegłam. Czułam się przeszczęśliwa, bo grali i śpiewali przepięknie, ale jednocześnie byłam strasznie nieszczęśliwa, bo czułam, że moją naturalną przestrzenią nie jest ta część sali, na której się znajdowałam... A jednak, jak by nie było, dawno nie grałam nic swojego. Zbyt dawno... Bo mi na łeb pada. Mimo, że uwielbiam nasze codzienne rytuały. Zwłaszcza poranki (no, może nie jak Tymek budzi się o 6, ale o tej 7:30 - 8:00 jakoś można się z łóżka zwlec...). Odpalamy Dorę i Butka, zmieniamy pieluchę i piżamkę na dres. Molka wybiega do ogródka załatwić swoje potrzeby, a my już w tym czasie z Tymkiem myjemy zęby w łazience. Wpuszczam Molkę, która wędruje spowrotem do łóżka, pod ciepłą kołdrę. Ja już wlewam do kieliszka ciepłą wodę z miodem i cytryną. Piję duszkiem i na kanapie siadam już z kawusią. Tymek spaceruje ze swoim Dino Palladino (Dinozaur nazwany od imienia i nazwiska basisty - Pino Palladino :)) pomiędzy zabawkami, które jakiś miesiąc temu wreszcie przestałam co wieczór sprzątać z podłogi, wykonując syzyfową pracę... O 8:00 kaszka, o 9 spacer. Zaczęliśmy się ubierać jak eskimosi, ale muszę się pochwalić, że dzięki mojemu szyciu, jesteśmy przygotowani nawet na zimę tej jesieni :)
Później już bywa różnie, w zależności od tego czy jest Bartek, czy mamy jakieś nagrania (dopracowaliśmy płytę, a tu nam się nowe pieśni piszą i nagrywamy jak szaleni :)) czy inną robotę. Ale ostatnio Bart nadal ciągle gdzieś gra, a my z Tymkiem sami rządzimy na chacie. Ale przynajmniej staram się rozwijać jako mama, szyję sobie gdy mam chwilę i dużo czasu poświęca Tymkowi, który tak niesamowicie się zmienia i pięknie rozwija... :) To bez wątpienia mój ulubiony człowiek na tej planecie...
Dobranoc...
:)


A tu piosenka na dobranoc - Riffertone :)

26 wrz 2015

Sąsiad "Lewandowski"



       Nie pamiętam kiedy miałam tak porąbany dzień. Tymek śpi już od prawie 2h, a ze mnie zszedł cały stres gdy go kładłam do snu - o tak, mój maleńki mężczyzna działa lepiej niż hektolitry melisy :) Ale wierzcie mi, że dziś dosłownie wyglądałam jak te matki ze śmiesznych ilustracji, które jedną ręką trzymają niemowlę i psa na smyczy (tak, to nadal ta sama ręka), drugą ściągają garnek z pieca, z którego wylewa się barszcz (zaraz będą go zmywać z mebli i z podłogi i spierać z ciuchów swoich i dziecia), ramieniem trzymają telefon, a nogą otwierają szafkę, bo... bo coś tam. Zabrakło mi weny. Ale wiadomo o co chodzi. 
Zaczęło się od tego, że jakiś palant zajechał mi rano drogę. Z lewego pasa zjeżdżał na mój, bez kierunkowskazu. Serce miałam w gardle. Później było miło, bo zjadłyśmy z koleżanką śniadanie w Charlotte i kupiłam sobie coś ładnego z pięknej koronki. Ale po powrocie do domu, gdy wreszcie Tymulek zasnął (miałam czas, by pomóc koleżance przygotowywać ciacho i trufle daktylowe na jej jutrzejsze przyjęcie urodzinowe) i spał w wózeczku w ogródku, przy jego twarzy wylądowała piłka. WTF? Sąsiedzi grali w nogę w swoim ogrodzie, a bramkę ustawili tak, że piłki, które nie wpadają do niej, lecą do nas. Niestety, moim sąsiadem nie jest Lewandowski, a piłka zamiast do bramki poleciała do wózka z moim dzieckiem... Mały nawet się nie obudził, choć nie wiem jakim cudem, bo to była piłka do nogi, która spory kawałek musiała przelecieć, żeby wylądować w jego wózku. Natomiast sąsiad nawet nie przeprosił... Wydusił z siebie jedynie - "naprawdę?" A ja serce w gardle, czy Tymkowi nic się nie stało i jak to w ogóle możliwe, że ta piłka wpadła do wózka??!
Poza tym, Tymek ma fazę okazywania mi miłości poprzez gryzienie, ciągnięcie za włosy i wbijanie pazurków/szczypanie. Jeśli ten poziom subtelności wobec kobiet mu pozostanie, to już współczuję przyszłej jego partnerce... No, chyba, że znajdzie sobie jakąś sadomasochistkę, którą to będzie kręcić :P A najlepsze jest to, że gdy usiłuję zachować poważną minę i mu tłumaczę, że sprawia mi ból gdy tak robi, on zanosi się ze śmiechu... No i ręce opadają i sama się z siebie śmieję, taka pogryziona i obsrana (bo to dzisiejsza kropka nad i), siedząca na tej podłodze pełnej klocków, miseczek, balonów, które dogorywają jeszcze od Tymkowych urodzin... A! I jeszcze złapałam go dziś spadającego z łóżka, a wcześniej wylał na siebie całą wodę z miseczki Molly. 
A ja go i tak tak bardzo kocham... 
Bartek, wracaj już do domu... 

23 wrz 2015

JA-NOSZę, bo nazwisko zobowiązuje!

      O mały włos nie popełniłam kuchennego harakiri. Ostry nóż i tępa właścicielka (szkoda, że nie na odwrót) zaowocowały wbiciem ostrza noża między kciuk a palec wskazujący. Więc niedzielny poranek spędziłam na pogotowiu, na którym omal nie zemdlałam w trakcie szycia rany. Ale później dzień był już przyjemny, bo celebrowaliśmy w gronie rodzinnym roczek naszego Tymka :) Teraz typowe zdanie, bez którego nie może się obejść - jak ten czas zapierdziela! A mój syn już taki duży! :) Niesamowite, jak dużo szczęścia może nam dać inny człowiek, bez specjalnego starania się o to, by nas uszczęśliwiać...
To był wyjątkowy rok. Momentami bardzo trudny i stresujący, ale też obfitujący w tyle radości i wzruszeń, że chyba w ciągu całego swojego życia nie doświadczyłam ich tak wiele. Co wieczór dziękuję Tymkowi, że mogę być jego mamą. Nieidealną, ale bardzo starającą się, bez wątpienia najlepszą jaką ma ;)



      Co do mojej pasjoroboty, to nagrywamy ostatnią piosenką na nową płytę. Długo to trwało, ale wreszcie będzie kompletna i gotowa do wydania. Mam nadzieję, że na początku przyszłego roku będzie w sklepach i będziecie mogli słuchać tych moich pieśni życia :) Ciągnie się to w nieskończoność mam wrażenie, ale Tymek musiał mieć pierwszeństwo w wyjściu na świat, nie było innej opcji :P 
Łaknę koncertów jak alkoholik na odwyku łaknie procentowej flaszki. Zazdroszczę Bartkowi, który więcej dni spędza na scenie niż poza nią. Choć nie wyobrażam sobie teraz tak podróżować i nie być przy Tymku. Wpadać czasem do domu na 2-3h i znów pakować się do busa, żeby jechać np. do Rzeszowa, a stamtąd do Szczecina. Wtedy nasze kp padłoby na pysk, a i serce by mi pękało po trochu, aż kiedyś zostałyby po mnie szczątki, bo rozpadłabym się na drobne z tej tęsknoty i wyrzutów sumienia. Podziwiam kobiety, które po pół roku macierzyńskiego wracają do pracy i zostawiają pod czyjąś opieką swoje dzieci. Wiem, często nie mają zbytniego wyboru. Mi się udaje zabierać gdzieś tymka ze sobą od czasu do czasu jak mam "robotę w terenie", albo instytucje babć nas ratują. Dobrze być swoim szefem :P 
Ale wracając do tematu, ja jak narazie pozostaję przy jeżdżeniu wózkiem albo przy noszeniu się! O! Bo to nasze nowe odkrycie :) Oboje z Tymkiem zakochaliśmy się w Tuli. Jeśli komukolwiek kiedykolwiek będę mogła doradzić jakieś nosidło, to tylko tego typu - ergonomiczne, naturalnie dopasowujące się do krzywizn dziecka, a którym maluch ma szeroko nóżki, a nie wisi jak w nosidłach-wisiadłach. Ktoś pięknie napisał na jednym z forów przy temacie nosideł, a'propos tych nieergonomicznych wisiadeł, że jeśli ktoś chce wsadzić do tego dziecko, to niech najpierw założy sobie podpaskę i za majty podniesie się w górę. I niech sobie tak wisi... Tak się czują dzieci w beznadziejnych, nieprzystosowanych do zdrowego noszenia wisiadłach. Dość obrazowo, co? ;)
A ja się wczuwam jak zwykle w kolejny dzieciowy temat, jak na matkę wariatkę przystało. Ale znowu zbieg okoliczności nastąpił, który odbieram jako wskazówkę, bo gdy zamówiłam nosidło, odezwała się do mnie znajoma, z zaproszeniem nas do akcji #nicminiewisi i do wzięcia udziału w projekcie Portret Chustowy. Więc w najbliższy pon. 28.09 o 17:30 będziemy się nosić na Pergoli we WrocLove :) Wpadajcie mamuśki i tatusiowie noszący lub chcący prawidłowo nosić swoje dzieci :) 
A my się nosimy tak :) 



      

10 wrz 2015

JANOSZeDRES czyli wkręcona w szycie


Do kupna maszyny do szycia zbierałam się rok... Sama nie wiedziałam jaką maszynę kupić i czy podołam, czy to ma sens. Na szczęście wyręczył mnie mąż i na trzydzieste urodziny sprezentował mi cudną maszynę do szycia. Ale dał mi dużo więcej niż narzędzie do ręki (jakkolwiek to brzmi ;)) Dostałam narzędzie do tworzenia dla moich bliskich, do eksperymentowania, odskocznię od codzienności młodej mamy, do kreacji czegoś jedynego, niepowtarzanego, z miłością i ogromną satysfakcją, gdy już coś powstanie i komuś się podoba :) Nie sądziłam, że będąc laikiem, można dzięki tutorialom jakie są w sieci i radom kilku zdolnych koleżanek tak szybko zacząć sobie radzić z szyciem. A jeśli ja potrafię, to i Ty. Więc jeśli też zastanawiasz się nad kupnem maszyny do szycia, to wiesz... 
Obyś miała blisko do trzydziestki i męża ;) 


Zestaw Mom&Son - z którego Tymek zdążył wyrosnąć w 1,5 miesiąca...

więc uszyłam mu kolejny dresik :)

Tunika z serii Najwygodniejsze Ever  

 i mój dres JANOSZeDRES ;) 

A tutaj popełnione worki na kapcie dla pewnych zaznajomionych ze mną młodych mężczyzn, którzy poszli do przedszkola. Każdy z nich został zaopatrzony w sznurki oczywiście, ale nie zdążyłam cyknąć fotek. 



 Ten ostatni pt. Mów Mi Złociutka jest mój :P 

A cudnych lisków uszyłam moje ulubione gatki dla Tymka


i do kompletu dla mnie sukienka (fajnie wygląda też z paskiem, a jak ukradnie mi ją moja siostra, to pewnie tak ją będzie nosić... :))

Bluzosukienka jeszcze taka powstała pewnej bezsennej nocy, zainspirowana... 

wcześniej uszytą bluzą dla mężunia mego :) 

 A to prezent dla pewnej Pani Ani, która ma urodziny niebawem i która być może to teraz czyta i już wie co dostanie... ups :)

 Obszyłam też Amy, moją siostrzenicę, ale zdążyłam cyknąć tylko jedną spódniczkę. Nadrobię to z pewnością, bo jest jeszcze cały komplet w łezki :)