Nastroje zmienne jak pogoda w górach? A i owszem, choć po sobie się tego nie spodziewałam... Nie bez powodu ćwiczę jogę, czytam wspaniałe psychologiczne felietony Wojciecha Elcheibergera i próbuję czerpać wiedzę od mądrych tego świata, zakorzenioną w Buddyźmie. Przecież myślę i pracuję nad sobą od lat. Mnie to nie spotka, no way... Tak sobie myślałam, po czym... Na dwa dni stałam się bombą zegarową, która w każdej sekundzie mogła wybuchnąć i wybuchała. Ryczałam chyba ze 30 razy w ciągu 2 dni, a Bartek i Molly omijali mnie z daleka, za co też im się oczywiście obrywało. Najgorzej... Gdy już dumę (idiotyzm jakiś kompletny!) schowałam w kieszeń i zaczęłam się do nich odzywać i mówić o swoich odczuciach, obawach i potrzebach, ulżyło... nam wszystkim :) I co dalej? Jak ręką odjął... Teraz czuję się jakbym unosiła się przynajmniej metr ponad podłogą. Hormony to mocny drag. Cholernie mocny! Nie zmienia się w zasadzie nic poza naszym postrzeganiem i okazuje się, że to ono zmienia dosłownie wszystko. Chciałam Wam tylko powiedzieć, że nauczyłam się przez ostatnie dni, że poczucie pewności za swoje opanowanie i równowagę w czasie ciąży zostaje doszczętnie zmiażdżone, a wróg wcale nie jest groźny i napastliwy... Wystarczył klip Beyonce z jej córeczką, który podesłała mi przyjacióła z UK, albo reklama w tv w której pokazane jest chore dzieciątko i ryczę tak, jakby zawalił mi się na głowę cały świat.... Masakra!
Dziś upiekłam super ciacho jaglane i zasłodziłam cały dom (miodem i karobem, żeby nie było. Zdrowo musi być! :)) Więc kilka sweet foci "Perfekcyjnej Mamy w Domu" ;) (nie wierzę, że to napisałam :P)
Pięknego dnia wszystkim! Mimo dennej pogody, nich jest dziś miło i przyjemnie... :) Polecam do tego Raula Midona, który mi właśnie śpiewa pięknie... :)
Chciałam to już tyle razy napisać, ale bałam się, zważając na ilość poronień w pierwszym trymestrze ciąży, więc wolałam zaczekać z dzieleniem się tą nowiną do momentu, w którym będzie bezpieczniej. Nie mogłam przez ten czas pisać nic na bloga, bo wszystkie moje myśli, odkąd wiem, że będę mamą, krążą wokół ciąży i naszego maleństwa. No więc teraz się zacznie i będę musiała przekwalifikować bloga na jakiś pro'ciążowy :)
Te kobiety, które przez to już przeszły z pewnością wiedzą co mam na myśli mówiąc, że przerażenie i radość, jakie przychodzą wraz z dobrą nowiną, są niewiarygodnie silne... Nie wiem które z tych uczuć było na początki bardziej intensywne... Pomimo, że świadomie zdecydowaliśmy się na zostanie rodzicami, stało się to szybciej niż się spodziewałam. Pierwszy trymestr nie należał u mnie do najprzyjemniejszych, bo mdłości (gówno prawda, że poranne, u mnie popołudniowo-wieczorne) nie należą do doznań, których che się doświadczać. Ale nie było źle. Tylko raz zwróciłam obiad (w drodze na próbę, na łączce przy drodze, bardzo kulturalnie ;)) Zachcianki? Zanim rozszyfrowałam mój odmienny stan, mogłam pożerać rukolę na kg :) Okazuje się, że jest bardzo cenna w kwas foliowy, tak potrzebny na początku ciąży. Więc mój organizm świetnie sygnalizuje, czego nam potrzeba :) No więc słucham go nadal... Czasami śledzie, czasami więcej zbóż, czasami nabiał... Jem to na co mam ochotę, pamiętając jednocześnie, żeby dostarczać maleństwu wszystkiego, czego mu potrzeba. Księgi typu cegły "W oczekiwaniu na dziecko"i "Ciężarówka" są teraz dla mnie jak biblia. Koleżanka dodała mnie do rewelacyjnej grupy młodych mam na FB, w której dziewczyny wymieniają się świetnymi poradami i newsami na tematy związane z maluchami i macierzyństwem. W otoczeniu też mam kilka fajnych mam, z którymi teraz czuję wyjątkowo silną więź i których doświadczenie i sama obecność są mi potrzebne. To niesamowite, jak zmienia się ciało i umysł...
Zawsze wydawało mi się, że jestem typem peace&love, a teraz moja tolerancja na głupotę spadła do minimum. Najchętniej powybijałabym wszystkich kretynów i każdego, kto stwarza potencjalne zagrożenie dla mojego dziecka, które ma przyjść na ten poplątany świat. Gdy jadę samochodem, mogłabym rozstrzelać wszystkich wariatów, którzy wymuszają pierwszeństwo, albo chcą mnie pouczać nie mając racji, nie mówiąc już o tych, którzy nie używają kierunkowskazów (nie znoszę tego!). Stałam się też wrażliwsza na dzieci które spotykam w sklepie czy na ulicy. I czasami jak widzę, jak ich opiekunowie się do nich zwracają, albo jak je olewają, gdy te ich potrzebują, to myślę sobie, że ktoś naprawdę powinien stworzyć coś na kształt testów, dzięki którym przyznawano by (lub nie) prawo do bycia rodzicem... Wiem już teraz, choć jeszcze nie jestem mamą, że dziecko jest odbiciem rodziców i głęboko wierzę w to, że dając dziecku poczucie bezpieczeństwa, miłości, wsparcia i zrozumienia, można ukształtować fantastycznego człowieka. Wierzę, że nie trzeba krzyczeć ani podnosić na dzieci ręki, żeby umiały słuchać. Wierzę, że gdy my jesteśmy OK i traktujemy dzieci z szacunkiem, one oddadzą nam to samo. Wiem, że czeka mnie najtrudniejsza misja świata - wychowanie człowieka, który na początku będzie totalnie zależny od nas. Już dziś mam milion trosk i dylematów, począwszy od szczepień, poprzez racjonalne odżywianie i unikanie słodyczy i chemii, a kończąc na umiejętności bycia konsekwentnym i wybieraniu tego, co dla mojego dziecka najlepsze na różnych płaszczyznach życia i znalezieniu dowodów na to, że to co wybiorę rzeczywiście jest tym, czego moje dziecko potrzebuje i co będzie dla niego najlepsze... Ale damy radę. Póki co, wierzę w instynkt. Cieszę się, że mam u boku wspaniałego mężczyznę, który jest dla mnie wsparciem we wszystkim. Że mam rodzinę, na której mogę polegać. Że póki co wszystko jest ok. Za 3 tyg. mamy ważne USG i może poznamy płeć małego gałgana... Nie mogę się doczekać :) No i czeka mnie wypicie glukozy. Ponoć pychota ;)
Ps. Mój pierwszy felieton właśnie ukazał się w magazynie Manager Plus :)
Święta, Święta i po Świętach zaraz dorwało mnie choróbsko... Dopiero co pomyślałam, że już bardzo dawno nie byłam chora i przypałętało się przeziębienie. W zasadzie na własne żądanie, bo przez Święta biegałam w sukieneczkach i szpileczkach. Ale dziś nie zdejmuję szlafroka i nie wyściubiam nosa z domu, a domowe medykamenty w składzie: napar z imbiru i miodu, syrop z cebuli, rosół ( w wykonaniu męża), szałwia do płukania gardła i inhalacje z soli fizjologicznej wkroczyły do akcji. Jeśli mój mąż wysłany z Molką na misję znalezienia mleczy wróci z 200 sztukami, to zrobię jeszcze miód z mniszka lekarskiego, który podobno działa cuda. Nie wiem, czy już nie za późno na mlecze... Będziemy najwyżej czekać aż znów zakwitną, ponoć w sierpniu :) Od lat stosuje go moja koleżanka, która zawsze leczy nim córki i unika dzięki temu antybiotyków. Dziś natomiast natknęłam się na jeszcze fajniejszy przepis (bo bez cukru, ale z ksylitolem, którego my też używamy) u mojej ulubionej Smakoteriapii. Moja koleżanka Beata, dodatkowo przykazała wysypać wszystkie uzbierane kwiaty na białe prześcieradło, tak, żeby wszystkie robaczki z nich powyłaziły. Więc jeśli będziecie się za to zabierać, to to chyba cenna rada... :)
Zrobiłam ostatnio dwa obicia na taborety ze zpaghetti na szydełku. Świetna zabawa, a efekty bardzo cieszą :) Taborety znalazłam na naszej Wrocławskiej giełdzie staroci (po 25zł jeden), a sznurki kupiłam w jednym ze sklepów z materiałami do szydełkowania i robienia na drutach. Jak macie ochotę podejrzeć, to właśnie moje "dzieła" wrzuciłam do zakładki "my handmade". U nas szary taboret zajął już zaszczytne miejsce przy wejściu do domu, obok białej szafki na buty, a musztardowy w sypialni, między szafą a lustrem. Teraz mam misję znalezienia krzesła (do mojej prostej, białej toaletki) w klimacie lat 50-tych/60-tych, które postaram się ładnie obić i odrestaurować (o ile takie znajdę na starociach), bo marzy mi się właśnie coś takiego, co przełamie biel naszej sypialni, w której poza beżowym łóżkiem i małymi karniszami lampek nocnych oraz narzutą na łóżko (okrywającą białą pościel :P), a teraz jeszcze drewniano-materiałowym taboretem, wszystko, włącznie ze ścianą z cegieł jest białe. A nie! Przepraszam! Na parapecie (choć w białych a'la koronkowych doniczkach z Ikei) mam 6 storczyków, z których tylko jeden jest biały. I to w fioletowe cętki :)
A! Taka jeszcze u nas m.in. zmiana (a jest ich całkiem sporo ostatnio), że zdecydowaliśmy się jednak posiadać telewizję. W takie dni jak ten, kiedy jestem chora i nie mogę się nigdzie ruszyć, a nie mam sił, żeby skupić się na czymkolwiek, denerwuje mnie już oglądanie starych filmików na stronie DDTVN. Chcę być na bieżąco. Pewnie będę tego żałować, jak poczuję ile reklam i debilizmów zalewających nas z tego pudła (choć współczesne telewizory nie mają już z pudłem nic wspólnego), ale pokusiliśmy się dziś o zamówienie kogoś do ogarnięcia tematu. To będzie ewidentnie nowy rozdział życia w naszym domu :P
Nie mogę spać... Od 4:00 walka z samą sobą. Obudziłam się ze łzami w oczach. Śniła mi się babcia... Nie lubię podejmowania tych daremnych kilkudziesięciu prób znalezienia takiej pozycji ułożenia ciała, która pozwoli mi się zapaść w sen, gdy on już się ze mną pożegnał na dobre, a moje ciało wbrew mojej woli już najchętniej zerwałoby się do działania. Żeby nie obudzić Bartka i Molly, która z poziomu nóg dziś przypełzła do mojej piersi, żeby się wtulić w swoją mamę jak na dzieciopsa przystało. Zastanawiam się, czy już się odezwać do mamy, czy jeszcze śpi... 5:55. Może już nie... Może już popija pierwszą mini kawkę w łóżku. Moja mama pije kawy wielkości espresso, ale o mocy (albo raczej niemocy) 1/5 latte. Kupiliśmy w święta ekspres do kawy, ale po zachłyśnięciu się (niedosłownym) kawami z ekspresu, zapragnęłam najbardziej syfiastej (choć niby jednej z najlepszych) kawy rozpuszczalnej. Zaraz sobie zrobię i wypiję zdrowie Moniki Jaworskiej, która już pewnie jedzie do pracy. Radio Ram już u mnie gra, więc pewnie niebawem usłyszą Monię i zrobi mi się raźniej, że nie jestem samotną bezsenną o tym poranku... Ale mi za to nie płacą :P O! I wykrakałam. Już się przywitała ze mną i innymi mieszkańcami Wrocławia i okolic i przypomniała mi, że dziś 1 kwietnia :) Ale to nie był wkręt. Nie dajcie się dzisiaj zrobić w balona! :) Miłego dnia!
Dziś trzeci dzień nagrań mojej trzeciej w dorobku płyty, która będzie sygnowana moim nazwiskiem, a drugiej z autorskimi pieśniami. Jesteśmy z moim zespołem w Lubrzy, w studiu RecPublica. Najlepsze studio w jakim w życiu byłam! Nie tylko temu, że zostało zaprojektowane przez inżyniera dźwięku, który pracował w legendarnym Abbey Road Studio i jest świetnie wyposażone, ale również temu, że mieści się w budynku starego młyna, na bardzo spokojnej wsi, co pozwala nam się totalnie oderwać od naszej codzienności i popłynąć w muzykę. Najważniejszy jednak element, który sprawia, że jakiekolwiek miejsce ma w sobie tę wyjątkową, dobrą energię, to ludzie. Wspaniali właściciele - Karolina z Maćkiem, Pani Irenka, która dba o nas jak najukochańsza Ciocia i Wolly oraz Michał - dzięki Nim chętnie tu wracamy i wracać będziemy zawsze! Tworzą dla nas tak komfortowe, idealne warunki do pracy, że nie jestem w stanie wyobrazić sobie lepszych... :) Jestem im wszystkim za to ogromnie wdzięczna.
Lada moment pokażę Wam więcej fotek lepszej jakości niż te moje przeróbki iPhonowe przy marnym oświetleniu :P Ale najważniejsze są tu nie obrazy, a dźwięki :) Cieszę się jak dzieciak, bo udało nam się nagrać bardzo stylową płytę, na której jest dokładnie połowa piosenek z polskimi tekstami :) Na "Vintage" był jeden utwór szczególnie dla mnie ważny. Piosenka "Nie tak", w której przepiękne solo zagrał Adam Bałdych. Pamiętam moment niesamowitego poruszenia, gdy Łukasz zagrał pierwszy raz na fortepianie ten utwór, a ja pierwszy raz go śpiewałam. Na tę nową płytę mieliśmy przygotowany jeden kawałek, który nie pasował klimatem do całej reszty (historia identyczna jak ta sprzed 2 lat i "Nie tak"), ale ponieważ tekst tej piosenki jest dla mnie wyjątkowo ważny i bardzo osobisty, postanowiliśmy z chłopakami spróbować podejść do niego zupełnie na nowo. Bartek, mój mąż, który jest współtwórcą i producentem wszystkich piosenek, zaproponował, żebyśmy go zagrali jako wolny blues. To był jeden z najlepszych pomysłów wszech czasów :) Proszę Państwa! Łukasz Damrych, Adam Kabaciński, Bartek Miarka i Bartek Niebielecki - moja ekipa masakratorów! :) Zagrali tak pięknie, że nie znajdę słów, które Wam to zobrazują. Po prostu mam nadzieję, że nie będziecie musieli (ani ja :P) długo czekać, aż to usłyszycie. Płyta jest raczej bardzo energetyczna, zakorzeniona w dźwiękach lat 60-tych, bo to nas inspirowało przy tworzeniu piosenek, ale dzięki niesamowitej muzykalności i wirtuozerii wymienionych powyżej Panów, będzie to myślę bardzo zacny krążek :) Po powrocie do domu prędko zabieramy się (pomiędzy koncertami) do nagrywania dęciaków i chórów. Lecę na obiad, bo chyba właśnie nasz kolega filmowiec przyjechał z kateringiem, coś mi się zdaje... :)
Podziwiam wszystkie Matki Polki! Jak Wy to robicie, że poza wychowywaniem dzieci (co już jest zajęciem pełnoetatowym) znajdujecie czas na pracę, prowadzenie domu, realizowanie swoich pasji i życie towarzyskie. My za 1,5 miesiąca wchodzimy do studia, więc pracujemy teraz w domu nad piosenkami. Próbuję tworzyć jakiś system pracy, ale z weną jest tak, że systemy ma w zadku. I kiedy coś trzeba - nigdy jej nie ma. A gdy nie trzeba - też nie zawsze się pojawia.... Ale łapiąc totalnego doła, uchwyciłam się moich koleżanek - wspomnianych wcześniej Matek Polek i postawiłam je sobie za wzór. Skoro One sobie radzą, to czemu ja, nie mając jeszcze na swoich barkach takiej odpowiedzialności i tylu obowiązków, użalam się nad sobą i panikuję, że nie podołam nowym tekstom czy melodiom. Więc wyszłam do ludzi, z moją cudowną Ulą, która zaraz obok Suzie Fondy (wspaniałej skrzypaczki i czarodziejki kulinarnej, która zabiłaby mnie, gdybym o tym nie wspomniała ;)) tworzy przepyszne, a przy okazji mega zdrowe dania. Na dowód tego co piszę, odsyłam Was do jej strony Inspirujące K'uli'NARIA z której sama korzystam i której osobą zachwycać przestać się nie mogę im dłużej ją znam :)
Wracając do walki ze stanem depresyjnym - poszłyśmy na koncert Kasi Dereń (Jezu! Kaśka jest wybitnie zdolna!!!! I w dodatku bardzo sympatyczna!), który odbył się w magicznej, kameralnej kawiarence o nazwie Nowa Cafe.
(Od lewej: Natalia Lubrano, Agnieszka Damrych, Kasia Dereń, me, Ula Ostrowska, Ania Kłys. Wszystkie "młode, zdolne, atrakcyjne" jak mówi hasło mojej uczelni ;))
Wróciłam do domu szczęśliwsza, bo bogatsza o ponad godzinę pięknej muzyki na żywo w nastrojowym miejscu i naładowana energią, która unosiła się w powietrzu, wymieszana z zapachem cynamonu z mojej kawy. To jest w koncertach rewelacyjne. Mam wrażenie, że gdy muzyka prawdziwie porusza ludzi, oni stają się jacyś inni... Lepsi... Dla otoczenia i dla siebie samych również. Doświadczyłam tego tamtego wieczoru na własnej skórze, bo przestałam aż tak deprymować siebie samą. Efekt był w postaci nowej piosenki, jeszcze tej samej nocy :) Można? Można :) Chyba będę ją musiała zadedykować Kasi, no i sprawczyni całego wydarzenia, równie wybitnej wokalistne - Natalii Lubrano :)
Co do Matek Polek, od których dziś zaczęłam, to mam wielką obawę co do mojej kandydatury do tego zaszczytnego tytułu. Wczoraj postanowiłam ogolić Molkę. Zapomniałam tylko, że na golarkę jest jeszcze nakładka. Gdy się zorientowałam, było już za późno... przez co mój ukochany dzieciopies wygląda jakby miał chorobę skóry, podczas której wypadają kępy sierści. Dobrze, że jest zimno i na spacery nasza modelka chodzi w kurtce, bo wygląda naprawdę niewyjściowo :/ Ale i tak mnie kocha nad życie. Czym ja sobie na tę jej miłość zasłużyłam...? To chyba pozostanie nieodgadnione do końca świata :) Zwierzęta są wspaniałe, a dla mnie psy szczególnie. Nie uciekam do zwierząt od przyjaźni z ludźmi. Doceniam nasz gatunek, choć czasem chciałabym niektóre osobniki wysłać na księżyc. Ale relacja typu 'Pan i jego pies' jest wyjątkowa i piękna. Niestety, jak to w życiu, nie wszystkie psy mają takiego farta jak nasz śpiący w pościeli białasek (choć wczorajsza zabawa we fryzjera by tego nie potwierdzała) i wiele psów wciąż jest w schroniskach, a tam przez kraty wciąż wyczekuje litości człowieka... Te zwierzaki czują i cierpią... Natalia Grosiak (też ją kocham za to jak i co śpiewa w Mikromusic i za jej wielką wrażliwość) organizuje już trzeci raz koncert PANNY Z DOBRYCH DOMÓW NA RZECZ BEZDOMNYCH ZWIERZĄT, w którego dochód zostanie przekazany Fundacji Dwa Plus Cztery. Serdecznie Was zapraszam na ten występ. Poczytajcie sobie o nim i jeśli możecie, przybywajcie. Będzie sporo fajnych wokalistek i piękne instrumentarium. Tam też z pewnością nie zabraknie tej energii o której przed paroma minutami pisałam :) A ja zaśpiewam m.in. tę nową piosenkę :) Molka leży właśnie zwinięta w precelek i przyklejona do mnie jak rzep i wyczuwam, że też popiera moje wezwanie do uczestnictwa w tej akcji :P A jej się przecież nie odmawia... :)
Pochwalę się jeszcze na koniec moimi smoothie z cyklu napoje ogropodobne :P Ten był nr 1 wg Bartka. Zrobiłam go z rukoli, kiwi, pomarańczy, grapefruita, banana i imbiru. Można takie koktajle robić z różnymi sałatami. Dobre wychodzą również ze szpinakiem. Wszystko co zielone - mega zdrowe! Z owocami, słodsze i bardzo wciągające :) A! Dobrze je lekko schłodzić w lodówce. Mi smakują wtedy bardziej.
W Sylwestrową noc zagrałam z moim zespołem półtoragodzinny koncert w Busku Zdroju. Sama nigdy nie lubiłam tłumów i mrozu. Może dlatego, że nawet w szpilkach i podskakując, tłum niewiele pozwoli mi zobaczyć, a może temu, że nie znoszę gdy ktoś się na mnie pcha i raczy mnie swoim zapachem lub łokciem między żebra. W każdym razie byliśmy chyba jednym z nielicznych zespołów, które zagrały w tę mroźną noc więcej niż 3 piosenki i to na żywo, więc jestem z nas dumna :) I cieszę się, że przyszło mnóstwo osób, aby świętować pożegnanie starego i powitanie Nowego Roku z nami. Tym bardziej, że konkurencję mieliśmy na trzech kanałach jednocześnie, a chyba wszyscy w kraju wiedzą, że w tym roku w Sylwestra było co oglądać... Przed i po naszym występie, siedząc z moimi kolegami w hotelu, sami śledziliśmy, co dzieje się na wielkich scenach TVP2, TVN'u i Polsatu. Myślę, że idealnym komentarzem do tego co ujrzeliśmy jest wywiad z Krzysztofem Vargą w najnowszym Neewsweek'u, który Wam serdecznie polecam.
Natomist Nowy Rok zdążył mnie już bardzo zaskoczyć. Dziś rano dostałam porpozycję wzięcia udziału w programie "Must Be The Music" w roli uczestnika. Moje pierwsze wrażenie to konsternacja i myśl, że chyba ktoś sobie robi żarty. Zaczęłam się nad tym zastanawiać i moje przemyślenia są następujące: Czym miałabym się kierować decydując się na wzięcie udziału w tym konkursie? Tym, że tym razem w show telewizji Polsat mogłabym zagrać ze swoim zespołem własne piosenki? No tak, to jest akurat świetne, móc w popularnej telewizji, w porze znakomitej oglądalności zaprezentować własną twórczość. Ale czy aby móc to zrobić muszę ponownie wziąć udział w wyścigu po wygraną? Czy nie wystarczy że już raz wygrałam? Nie jest to powód do tego, aby prezentować publiczności moją obecną twórczość na rozmaitych koncertach czy w programach, które temu sprzyjają? Bo po porannym telefonie znów niestety przypomniano mi, że w telewizji Polsat moja osoba nie znaczy nic. Co prawda zostałam zaproszona na XV a później XX lecie Polsatu, jednak i w tym drugim wypadku powiedziano mi, że występ mam potraktować jako autopromocję. Ostatecznie dostałam wynagrodzenie za swoją pracę i było bardzo sympatycznie, ale musiałam to "wywalczyć" twardo negocjując warunki udziału w wydarzeniu.
Nie piszę tego, bo mam o sobie Bóg wie jakie mniemanie. Fakt jest taki, że wygrałam pierwszy w Polsce program typu talent show, a stacja, która go emitowała, przypomina sobie o tym raz na 5 lat, dając mi możliwość zaśpiewania na scenie dwóch wersów piosenki, jak powalczę, to nie za darmo. Ale zastanawiam się dalej...
Może tym razem gdyby udało mi się z moim cudnym zespołem podbić serca publiczności i wygrać, dostalibyśmy jakąś nagrodę. Pamiętając, że w Idolu nie dostałam nawet kwiatka, byłoby świetnie, bo zyskalibyśmy zacny budżet, który z pewnością wykorzystalibyśmy na nagrania i produkcję nowej płyty.
Ale co pomyśleliby inni uczestnicy, wiedząc, że panna, która wygrała już talent show w tej samej stacji, bierze ponownie udział w konkursie? Na bank zostałoby to odebrane jako jawny układ, mający na celu wypromowanie mnie (niezależnie od tego, jak by nam szło w programie), co byłoby nie fair wobec pozostałych wykonawców. Z drugiej strony, mój ponowny udział w talent show w roli uczestnika, byłby dowodem na to, że jeśli wygrasz, i tak zostaniesz potraktowany nie jako nowa gwiazda (bo chyba celem tych programów jest odkrywanie perełek na scenie muzycznej), ale jako pionek, o którego karierze zapomni się w momencie zakończenia edycji programu. Chyba że za zwrot kosztów (jak moja koleżanka, która właśnie zwyciężyła talent show) zdecydujesz się wystąpić na koncercie Sylwestrowym.
Nie jestem roszczeniową babą, która każdego dnia rozpacza nad swym losem i niewykorzystaną możliwością zrobienia kariery. Naprawdę jestem szczęśliwa. Mam swoją równowagę w życiu i spokój w głowie, serce wciąż otwarte, a na tyłku jeszcze daję radę siedzieć, choć swoje baty już dostał, może zbyt wcześnie. Robię to co kocham, a kocham dziś nie tylko śpiewać, ale również tworzyć. Jestem w tym niezależna i udaje mi się godzić występowanie w jednym z najlepszych rythm'n'bluesowych zespołów w tym kraju - HooDoo Band i swój solowy projekt. Mieszkam we wspaniałym mieście, gdzie bez fałszywego włażenie komukolwiek w tyłek, muzycy tworzą jedno, wspaniałe, pełne pozytywnych relacji środowisko. Mam genialnego męża, który potrafi mnie wkurzyć jak nikt inny, ale który potrafi mnie też rozbawić i wzruszyć do łez, a co by się nie działo, wspiera mnie i o mnie dba. Mamy dziecioPsa i mieszkanie z ogródkiem, więc mogę chodzić boso po trawie kiedy tylko zechcę, a za oknem nie buczą mi jeżdżące tramwaje. Nasze domowe studio jest coraz bogatsze i możemy już profesjonalnie nagrywać piosenki u nas w domu, a marzyłam o tym od dawna. W zeszłym roku spełniło się moje kolejne wielkie marzenie, bo polecieliśmy do Japonii i Dubaju, a w tym roku planujemy wykonać skok na Bali. Jestem zdrowa i otaczają mnie ciekawi, kolorowi ludzie. Mam w rodzinie wielkie wsparcie. Ćwiczę jogę i zdrowo się odżywiam. Sama jestem sobie szefem. Jeździmy na wiele koncertów i dane nam było już usłyszeć, zobaczyć i przeżyć tyle wspaniałych momentów, że pięknymi wspomnieniami można by obdzielić nie jednego człowieka. Jasne, że zawsze będzie coś jeszcze, czego bym chciała, coś więcej, co bym mogła... Ciągnie się za mną menda o jajecznicy, przeżywam nieszczęścia, porażki i niesprawiedliwości jak każdy, kto jest wrażliwy i umie logicznie myśleć, więc ciężko mu zgodzić się z absurdami, jakich na co dzień na tym świecie nie brak... Ta moja historia z Idolem to spora lekcja, która mam nadzieję, że przydała się nie tylko mnie, ale będzie też przydatna innym, bo utalentowanych i zdolnych ludzi w naszym kraju jest bardzo dużo. Niestety, czasy im nie sprzyjają... Ale cholera jasna. Mimo to, że mam dystans do siebie, bo mam, i mimo to, że chciałabym, żeby więcej osób usłyszało moją muzykę, poczułam się nieswojo i najzwyczajniej w świecie zrobiło mi się przykro. Tę drogę której przejście mi zaproponowano, uważam, że mam już dawno za sobą i wydaje mi się, że jeśli stacja Polsat (lub którykolwiek jej pracownik) z jakiegokolwiek powodu zechciał wreszcie pokazać, że żyję i tworzę i warto się tym dzielić z widzami stacji (bo głęboko wierzę, że taki był powód tego telefonu), powinno to wyglądać inaczej, bo swoje frycowe już zapłaciłam.
Reasumując, jest jak jest... Piosenka sprzed 2 lat.
Ponieważ to mój pierwszy wpis w 2014, życzę Wam wszystkiego najlepszego w tym Nowym Roku. Abyście byli zdrowi i jak najczęściej szczęśliwi! :) :) :)