9 gru 2014

Już za moment MAMY Święta...

      Aż trudno uwierzyć, że od narodzin Tymka (Tymona nie Tymoteusza) minęły już 3 miesiące. W tym czasie sporo urósł i waży też o wieeele więcej. Od noszenia go na rękach mam już prawie takie mięśnie jak Madonna ;) Już nie jest tym okruszkiem w chudziutkimi rączkami i nóżkami, ale radosnym, pogodnym i super silnym bobasem. Jeśli o takich maleństwach można mówić, że są "grzeczne" (choć ukrywa się pod tym pewnie raczej pojęcie "bezproblemowe" lub "niewymagające" albo "niecierpiące z powodu kolek bądź z innych powodów"), to nasz syn jest bardzo grzeczny. Jak psychofanka wącham jego główkę i ciągle go całuję. Gdy długo śpi, zerkam na wiklinowy kosz w którym odpoczywa w salonie w ciągu dnia i czekam, aż otworzy swoje piękne, błękitne oczka, bo choć jest tuż obok, tęsknię za nim :) Ale jak śpi to też się cieszę, bo mam czas na ogarnięcie chaty i dla siebie... Taki paradoks :P Rozpływam się, gdy podczas kąpieli widzę błogość na jego twarzy, lub gdy uśmiecha się na mój widok. To najwspanialszy uśmiech świata :) Sorry Julia Roberts. Tymcio Cię pobił :P Zakochałam się w tym małym mężczyźnie bez reszty... Molka już załapała, że to człowiek, a ta informacja wystarczyła jej, żeby zacząć mu wciskać piłeczkę, gdy mały leży w swoim leżaczku i warować przed nim prosząc, by jej ją rzucił. Zresztą Molly ciągle nam towarzyszy i jest wobec Tymka cudna. My staramy się jej okazywać tyle samo zainteresowania i miłości co wcześniej, choć wiadomo, że odczuwa zazdrość. Ale i tak jest super.
Ja też już o wiele bardziej ogarniam rzeczywistość i cieszę się jak wariatka, że wróciłam do formy sprzed ciąży (choć Bartek twierdzi, że jest nawet lepiej - domyślcie się z jakiego powodu ;)). Zaczynam też mieć w głowie inne rzeczy niż tylko opieka nad maleństwem i wszystko co dotyczy naszego życia domowego/rodzinnego.

     Wymyśliłam, sobie projekt dla dzieci, nad którym zaczynam pracować, ale jeszcze nie zdradzę co to takiego :) Piszę też felietony do magazynu MADAME. A z innej beczki - będąc w domu z malutkim zaczęłam oglądać kilka programów telewizyjnych: "DDTvn", "Mam Talent" i "MasterChef". I jestem fanką Dominiki, która zwyciężyła! Przecudna dziewczyna, z boską energią, która gotuje z taką pasją i finezją... Ma niesamowitą odwagę w komponowaniu smaków i mega wyobraźnię kulinarną. Ciekawa jestem jej książki i tego, czy uda mi się cokolwiek przygotować wg jej przepisu :P Fajnie, że jurorzy (zresztą świetni i tutaj i w "Mam Talent") wybrali właśnie ją :) A co do talent show - dopiero co powiedziałam Bartkowi, że brakuje w tv programu z dziećmi w roli głównej, a tu TVN wypuszcza nowy format. Już jestem pewna, że to będzie sukces, bo dzieci same w sobie są najwspanialszymi i najzabawniejszymi ludźmi na świecie :) Już szczerze zazdroszczę tym, którzy będą pracowali przy tym programie, bo to z pewnością będzie rewelacyjna zabawa i hit telewizyjny. Oby tylko ktoś dobrze poprowadził i otoczył należytą opieką te wszystkie dzieciaczki, bo z pewnością będą przeżywały swoje występy nie mniej niż dorośli, a w ich wypadku porażki czy sukcesy będą odgrywały o wiele większą rolę niż w przypadku dorosłych uczestników talent show, bo będą miały wpływ na ich samoocenę - na całe życie... Wiem to, bo sama występowałam na wielu festiwalach gdy byłam dzieckiem i nauczyłam się przez to myśleć, że moja wartość jest równa temu, jak oceniają mnie inni.  Dobrze by było, żeby to show nie powstało kosztem ani jednego dzieciaczka... Ciekawe, jak to będzie wyglądało. Z pewnością będę śledzić.

      Zostały 2 tygodnie do Świąt, więc najwyższa pora zająć się produkcją handmade'owych upominków i jakimiś zakupami prezentowymi. Ciacha upieczone (w tym roku z pomocą mojej mamy), a dom powoli już zaczyna zyskiwać Świąteczny wystrój. Lubię ten klimat...



     W tym roku nagraliśmy specjalnie z okazji Świąt piosenkę z HooDoo :) Posłuchajcie koniecznie! Ja ją uwielbiam, a Tymek nie ma wyjścia i też słucha ;)

Ps. Coś dla młodych mam:
Widziałyście takie wynalazki? Używacie? Sprawdzają się? :) Tymek akurat (po tatusiu) lubi mieć wolne rączki, więc nie toleruje skrępowania. Ale dla maleństwa, które dopiero co przychodzi ze szpitala, takie otulacze, czy to w postaci Woombie czy Swaddle z wielkiem pieluchy to rewelacja! Dostałam świetny, taki cieplutki z TK Maxx'a, ale Tymek już z niego wyrósł. Ale mamy jeszcze takie. Polecam to opatulania maleństw! O kocykach La Millou już nie wspomnę, bo  to nasz hicior <3







29 wrz 2014

refleksja / Carlos Johnson & HooDoo Band


       Zapominam, że nie jestem anonimowa. Jestem mamą dopiero od 2 tygodni, a mówienie o kupach i karmieniu już stało się dla mnie czymś normalnym. Wyimaginowałam sobie, że odbiorcami mojego bloga są osoby, które czują podobnie i przeżywają nieraz podobne rzeczy, więc spontanicznie podzieliłam się czymś, co okazało się na tyle atrakcyjne, że na portalach plotkarskich można dziś przeczytać o moich piersiach i moim mleku - a to powinno interesować tylko i wyłącznie mojego syna. Jak znaleźć środek w pisaniu bloga? Jak cedzić informacje, żeby pisać z serca i prawdziwie, a jednocześnie, żeby zachować prywatność? Nie wiem, czy tak się da...

      Trzy dni temu rozmawialiśmy na Skypie z Carlosem Johnsonem, naszym przyjacielem zza oceanu, który ogromne się ucieszył widząc Tymka. Carlos jest fantastycznym gitarzystą i wokalistą. Był dwukrotnie nominowany do nagrody Grammy. Jest też laureatem Fryderyka za płytę koncertową, na której gra również mój mąż :) Każdy jego pobyt w Polsce jest dla nas wielkim przeżyciem, bo to to nie tylko wspaniały muzyk, ale również wyjątkowy człowiek, którego uwielbiamy.
17go i 19go października Carlos zagra z towarzyszeniem HooDoo dwa koncerty w Polsce, więc już na niego czekamy :) Nagraliśmy z nim wspólną płytę jako Carlos Johnson & HooDoo Band, nad której produkcją właśnie Bartek zaczął pracować. Zajmie to pewnie jeszcze trochę czasu zanim będzie gotowa i ukaże się w sklepach, ale już udostępniliśmy pierwszy singiel, więc z dumą się nim z Wami dzielę :)

If You Want Me To Stay/Family Afair

   

27 wrz 2014

Tymuś, nasz synuś

       No i jest... :) Noszony pod serduchem przez 38 tygodni, wreszcie się urodził :) Niemożliwym jest dobranie słów, które zdołają wyrazić naszą radość. Tymek jest dla nas cudem! :) Najważniejsze, że zdrowy. Opowieści o porodzie cc i rekonwalescencji pozostawię dla siebie i swoich bliskich, ale powiem Wam, że wyobrażenie a rzeczywistość znów okazały się rozbieżne. Miałam wielkie szczęście, że byłam pod opieką znakomitych lekarzy i wspaniałych Pań położnych w Szpitalu Klinicznym na Chałubińskiego we Wrocławiu. Szpital jest stary i wymaga remontu, ale miejsca tworzą ludzie, a ekipa pod przywództwem Pani prof. Lidii Hirnle zapewniła nam najlepszą opiekę, jaką mogłam sobie wyobrazić. Będę za to dozgonnie wdzięczna. No i nie ma bata - ten tydzień z życia zapamiętam na zawsze... 

      Jedynym moim problemem (poza psychiką, szalejącą pod wpływem zmian hormonalnych) była laktacja. I choć naczytałam się sporo również na ten temat, a i rozmów z koleżankami-mamami nie brakowało, to padliśmy z Tymkiem ofiarami dokarmiania mlekiem modyfikowanym i płaczu po nocach (mojego, nie Tymcia), podczas walki z laktatorem. Na szczęście już w pt. (czyli 4go dnia po urodzeniu maleństwa) wróciliśmy do domu, a tutaj, ze wsparciem mojego Bartka i z pomocą moich rodziców, stworzyliśmy bezpieczną i przyjazną przestrzeń, w której z przerażonej i zestresowanej, rozhisteryzowanej matki, zaczęłam się zmieniać w spokojniejszą i pewniejszą siebie mamę, opływającą miłością i dużą, dużą ilością mleka... Maleńki pięknie przybiera na wadze (wczoraj Pani położna laktacyjna piała z zachwytu, a ja jeszcze bardziej!) i zrobił się mniej żółty. Ja już wiem jak go "ogarnąć", bo z początku wzięcie na ręce tego maleństwa, ważącego 2,5kg było dla mnie ogromnym stresem. Generalnie, uczymy się siebie i sprawia nam to wieeeeeelką radość - a przynajmniej mi, bo mały jeszcze ma czas na wyrobienie sobie na ten temat zdania :) Miło by było móc się bardziej wyspać, ale pobudka co 3 lub 4h to nie tragedia, więc nie marudzę. Tym bardziej, że widok i zapach niemowlęcia, własnego dzieciątka, które czując Twoją obecność uspokaja się i dosłownie przykleja do Twojego ciała, wydając przy tym najrozkoszniejsze dźwięki na świecie... Coś wspaniałego!!! :) 

       Wczoraj wieczorem pierwszy raz od 12 dni otworzyłam laptopa, wiec chyba wracam do świata żywych :)  



      

8 wrz 2014

ostatni koncert i ostatni miesiąc ciąży...

      Melduję się znów po długiej abstynencji od blogowania. Czuję się jak wieloryb wyrzucony na brzeg oceanu i nawet z laptopem przy stole siadać mi się nie chce, a na kolanach już niewygodnie go trzymać, bo brzuch zdominował całą przestrzeń i zaczęło być mi z nim mega niewygodnie... Kocham Cię brzucholu, ale już mi ciążysz... Kiedy siedzę, żebra wbijają mi się w brzuch. Opis odczuwania dolnej jego części pozostawię dla siebie, ale możecie sobie wyobrazić... Więc odliczam czas do powitania na świecie mojego maleństwa, którego póki co nie jestem sobie w stanie wyobrazić... W ogóle nie potrafię wyobrazić sobie tego, że już za kilkanaście dni (o ile mały nie postanowi inaczej) będę mamą maleńkiego chłopczyka... :) Tego samego, który w tym momencie z prawej str brzucha wypycha mi stopę, próbując chyba wykopać dziurę w moim brzuchu, bo już mu tam bardzo ciasno... Jestem przerażona i podekscytowana jednocześnie. Torby do szpitala spakowane. Ciekawe też, jak to będzie z odzyskiwaniem formy i wagi po porodzie... Kiedy się siebie nawzajem nauczymy i poczujemy się ze sobą pewniej? Boję się, że mimo tego, że zawsze byłam "super ciocią" i mimo super przygotowania teoretycznego, będę panikować na początku... Zastanawiam się jak damy sobie radę, jak będzie wglądało nasze życie... Bo to już, za moment... AAAAAAAAAA!!!!!

      Jeśli chodzi o granie, to mam ambitny plan zagrać z HooDoo już pod koniec listopada, bo będziemy występować na jednej scenie z moją ukochaną Edytą Bartosiewicz i genialnym Fismollem :) Dwa tygodnie temu zagraliśmy ostatni mój koncert w "dwupaku" i myślę sobie, że mały będzie miał niezłą pamiątkę jak podrośnie, jak to matka na początku 9go miesiąca wywijała na scenie w Pszczynie :) Stresowałam się, bo szczególnie mi zależało, żeby w rodzinnej miejscowości wszystko wypadło idealnie, a moi muzycy nie dojechali na próbę, więc mieliśmy utrudniony początek koncertu, ale dzięki profesjonalnej ekipie z jaką pracuję, wszystko się udało. Zagraliśmy dla około 7tys. osób. Materiał nie był najłatwiejszy, a przede wszystkim "obcy" dla publiczności, ale opinie po koncercie są bardzo dobre, więc ogromnie się cieszę. 
Aktualnie występy HooDoo już są bez mojego udziału. Jeździ za mnie Natali Lubrano lub Marta Kołodziejczyk, a ja w tym czasie piorę i prasuję "ubranka dla lalek" ;) Rozmiar 50 mnie rozbraja! :) Przykro mi, że nie mogę już występować, ale... no nie mogę :P Po koncercie w Pszczynie byłam bardzo osłabiona, więc już wrzucam na luz i powtarzam sobie hasło mojego męża - Alka, ochłoń! ;)





     Kilka dni temu nagrałam chórki do piosenki Carlosa Johnsona & HooDoo Band'u. Będziemy ją niebawem wypuszczać, bo Carlos przylatuje do Polski na kilka koncertów w październiku. Już zobaczy małego... :) 


Ps. A sukienkę taką piękną mam od cudnej kobiety, projektantki - Dominiki Młyńczak, tworzącej markę Ottaviano :) 



14 sie 2014

Im więcej wiesz, tym bardziej nie wiesz...

       I tak jest chyba ze wszystkim, bo im głębiej wchodzisz w dane zagadnienie, tym bardziej dostrzegasz jego złożoność, a zarazem uzmysławiasz sobie swoją małość... Czyli najlepiej być mentalną blondynką. Wtedy niczym się nie przejmujesz... ;) Ale do rzeczy.

Myślę, że ciąża... Ba! Że rodzicielstwo to najwyższy lewel skomplikowania ze wszystkich możliwych. Gdy tylko zobaczyłam dwie krechy na teście, zaczęłam szukać i czytać i szukać i znowu czytać, bo myślałam, że jak się dowiem chociaż w teorii większości tego co powinnam wiedzieć, to będę spokojniejsza... I tak się kształcąc poprzez czytanie książek i blogów tematycznych oraz artykułów, a także chodząc do szkoły rodzenia, około szóstego miesiąca ciąży poczułam się maleńka, bezbronna i zdezorientowana jak Prosiaczek z "Kubusia Puchatka". Bo tego wszystkiego jest za dużo... Weryfikując przez ostatnie tygodnie wyczytane informacje z doświadczeniami młodych mam, które znam, już dziś mam przekonanie, że jakaś połowa z tych wszystkich "potrzebnych rzeczy", które koniecznie trzeba mieć gdy bobas się urodzi, to pic na wodę fotomontaż (jak to się mawiało za czasów mojej podstawówki). Na szczęście od początku miała postanowienie, że nie czytam nic o chorobach. Znam jednak dziewczyny, które z racji swoich studiów, a dziś już wykonywanego zawodu, miały przez cały okres ciąży w głowie wszystkie możliwe choroby, które przypisywały swoim jeszcze nienarodzony wówczas dzieciom. Mówiąc kolokwialnie - za dużo wiedziały i przez to się niepotrzebnie stresowały.

       Machina konsumpcjonizmu w kategorii "dziecko" to baaardzo poważny zawodnik... Buszując po stronach z akcesoriami dla ciężarówek i dla dzieci, można łatwo wpaść najpierw w osłupienie, że istnieje tak wiele przeróżnych urządzeń o dziwacznym zastosowaniu (a czasami jeszcze dziwaczniejszych nazwach), o których nie miało się bladego pojęcia, że istnieją, a następnie w paranoję, bo nie wiadomo co jest nam rzeczywiście potrzebne. No a jak można czegoś odmówić własnemu dziecku? Sobie można, ale własnemu dziecku? Ototo... Producenci i marketingowcy doskonale o tym wiedzą. Ponoć najbardziej kasowym, zaraz za rynkiem pornograficznym, jest właśnie rynek dziecięcy (i tak jak w życiu, nie jest to przypadkowa kolejność ;)).

       Ot, taka szybka refleksja ciężAlki po północy...


Ps. Zgaga wróciła. Franca. Ponoć najlepsze migdały albo mleko. Mama dawała mi jeszcze sałatę, ale jedząc same liście czułam się jak królik (bynajmniej nie playboy'a). Ostatnio chlałam w środku nocy mleczko do kawy, skondensowane, które pamiętam jeszcze z imprez domowych u moich dziadków. Babcia nalewała mi trochę takiego mleka do szklanej literatki i sączyłam je jakby to był jakiś boski napar. Uwielbiałam jego smak. To był taki rarytas dla mnie w tamtych czasach, bo moi rodzice nigdy go nie kupowali. Teraz sama kupuję je do kawy (to jedno z moich nielicznych "przestępstw" żywieniowych). Ale dziś mam turbo moc zwalczania zgagi pt. mleko migdałowe. To moja nowa broń z podwójną siła :) A masz Ty paląca zołzo!


12 sie 2014

INSPIRUJĄCE KuliNARIA w mojej kuchni / dla tvp2

     Nagraliśmy wczoraj krótki materiał dla TVP2 do "Pytania na Śniadanie", który dziś rano wyemitowano na antenie. Było kilka słów o mojej nowej płycie, która leży sobie i czeka (bo mały ma pierwszeństwo ;)) i trochę o sposobie odżywiania kobiet w ciąży. Ponieważ sama nie jestem ekspertem żywieniowym (choć interesuję się tematem), postanowiłam "wkręcić" do materiału moją koleżankę - Ulę Ostrowską, autorkę strony jemto.pl, na którą z rozkoszą Was odsyłam (na www, nie na Ulę ;)).

Było pysznie i kolorowo, a przy tym hiper zdrowo. Ulka jest skarbnicą jeśli chodzi o wiedzę z zakresu dietetyki i to w dużej mierze dzięki niej, w naszym domu pojawiła się m.in. kasza jaglana, która odflegia i odkwasza organizm, czy zielone, super zdrowe koktajle. Od Uli dostałam też przepis na pyszne ciasto jaglane, które w moje urodziny zaserwowałam gościom i wiele wiele innych cudacznych dań. Wczoraj Ulka przywiozła dla nas m.in. warzywa z własnego ogródka, oraz zrobione przez siebie chlebki jaglane, ekologiczny twaróg, pesto z pietruszki, ciasto z daktyli czy czekoladę bez czekolady (już nawet nie pamiętam z czego, ale na stronie Uli na bank znajdziecie na nią przepis - jeśli nie dziś, to za jakiś czas :)) Pod przywództwem Ostrej, wykonałyśmy jeszcze pod okiem kamery arbuzadę i shrekowy koktajl z jarmużu.

Foty (żeby Was zainspirować ;)) tutaj:














31 lip 2014

felietony pisane przy porannej kawie, czyli A'la Subiektywnie

     Niedawno zaczęłam pisać felietony do magazynu Manager +. Dziś napisałam pierwszy tekst do Madame +. Dzielę się nimi również tutaj, gdyby ktoś miał ochotę "poczytać mnie" :)

A dziś mamy z Bartkiem nasze święto :) Poza tym, że wieczorem czeka nas USG i będziemy podglądać naszego synusia, to mamy dziś czwartą rocznicę ślubu. Jestem szczęściarą... <3

 

Z cyklu "A'la Subiektywnie" o mojej hierarchii zmysłów… nr1


Dla psa najważniejsze zmysły to węch i słuch, a dopiero na trzecim miejscu plasuje się zmysł wzroku. Moja suczka Molly (Jack Russell Terrier z zawsze postawionym jednym uchem), spokojnie poradziłaby sobie bez wzroku. Gorzej byłoby, gdyby przestała wyczuwać zapachy, będące dla niej mapą otaczającego ją świata, czy słyszeć dźwięki, których pojawienie się każe jej w ciągu sekundy wręcz teleportować się spod kołdry w sypialni pod drzwi wejściowe. A jaki zmysł jest najważniejszy dla człowieka? Arystoteles wyróżnił u ludzi pięć głównych zmysłów - wzrok, słuch, smak, węch i dotyk, który dziś zdaniem neurologów stanowi jeden z kilku elementów wchodzących w skład zmysłów somatycznych, tuż obok nocycepcji (zmysłu odpowiadającego za odczuwanie bólu), czy zmysłu temperatury (odczuwania zmian ciepła). Posiadamy również zmysł równowagi (niektóre osobniki naszego gatunku z powodzeniem ten zmysł paraliżują, zalewając go wysokoprocentowymi trunkami) i propriocepcji, czyli ułożenia części ciała względem siebie oraz napięcia mięśniowego. 
U Molly sprawa jest jasna. Najważniejszy jest węch. Myślę, że w przypadku naszego gatunku ciężko o tak klarowną hierarchię odpowiadającą potrzebom wszystkich ludzi w jednakowym stopniu. Zdaje mi się, że to sprawa bardziej subiektywna. Z pewnością, jeśli chodzi o przetrwanie w dzisiejszych czasach, umiejętność niezależnego funkcjonowania w konkretnej rzeczywistości, czy możliwość wykonywania specyficznych zawodów, dość łatwo powiedzieć, który zmysł dla danego człowieka odgrywa bardziej istotną rolę. Jeśli chcecie się dowiedzieć jak to wygląda z medycznego czy naukowego punktu widzenia i czy powinniśmy to rozgraniczać z punktu widzenia całego gatunku, czy z uwzględnieniem indywidualnych predyspozycji czy potrzeb, z pewnością wuj Google czy ciotka Wikipedia wszystko wyjaśniają (sama zaraz poszperam w sieci, aby znaleźć odp). Mnie osobiście przeraziła jednak myśl, że mogłabym utracić którykolwiek ze zmysłów, lub co gorsza, urodzić się bez niego. Zaczynam więc analizować, jaka jest hierarchia zmysłów a'la Ala.

Jako istota z zapędami hedonistycznymi, uwielbiam poznawać nowe smaki i celebrować spożywanie tych ulubionych. Roskosz przynosi mi zlewanie się Euphorią Calvina Kleina, czy wąchanie świeżych kwiatów i owoców, albo zapach ulubionych dań. Ale racjonalizuję to i dochodzę do wniosku, że gdy jestem chora i mam zatkany nos, to nie ma dla mnie większego znaczenia, czy jem sushi czy jajecznicę. W końcu smak i zapach są ze sobą w ścisłym związku. Gdybyśmy nie czuli słodkiego zapachu cynamon, byłby on dla nas jedynie gorzki i pikantny. Pokuszę się o stwierdzenie, że to byłoby jeszcze do przeżycia. Choć w relacjach damsko-męskich zapach również odgrywa bardzo istotną rolę. Niedawno czytałam artykuł, w którym dziennikarka usiłowała udowodnić, że zapach partnera ma bezpośredni wpływ na trwałość związku. Jednak myślę sobie, że nie słyszeć, nie widzieć i nie czuć dotyku, byłoby dla mnie największą tragedią… Bo z czego miałabym czerpać rozkosz, nie mogąc usłyszeć głosu mojego ukochanego, dźwięków przyrody, czy albumu The Wall, który tak kocham. Chyba skonałabym z rozpaczy… Życie w ciszy musi być potworne. Choć czasem tak jej pragnę, szczególnie po godzinie spędzonej w galerii handlowej, w której w każdym sklepie atakuje mnie inna muzyka, niekoniecznie ta, której chciałabym słuchać (zawsze, ale to zawsze, gdy jestem w takim miejscu, gdzie leci "rombanka", intryguje mnie, jak Ci pracownicy są w stanie to znieść! Mnie by szlag trafił mówiąc delikatnie). Czy też gdy na działce sąsiadującej z naszą, robotnicy budujący dom próbują przekrzyczeć wrzask urządzeń budowlanych, nie szczędząc przy tym "kurew" i "chujów". Myśląc o życiu w ciszy, przypomina mi się wycieczka, jaką dane mi było odbyć jakieś 4 lata temu w jednej z dwóch na świecie pracowni, w których dokonuje się renowacji fortepianów Steinway & Sons. Spotkaliśmy wówczas dwóch niesamowitych, głuchoniemych mężczyzn, pracujących nad wyważaniem dna fortepianów. Byli oni mistrzami w swoim fachu, ponieważ posługiwali się zmysłem dotyku, w tym przypadku bardziej przydatnym niż zawodzący nas czasami słuch… Z drugiej strony, ponoć osoby obdarzone słuchem absolutnym, również cierpią niesamowite katusze, odbierając nawet najdelikatniejszy niestrój instrumentów jako zgrzyt nie do zniesienia. 

Co ze wzrokiem? Pół roku temu poznałam dwie dziewczyny mniej więcej w moim wieku. Jedna niedowidzi, a druga nie widzi wcale. Poznałyśmy się w jednym z Wrocławskich klubów podczas jam session. Jako ogromna psiara, zwróciłam uwagę na psa przewodnika jednej z nich, który notorycznie był popychany przez kogoś, kto usiłował przecisnąć się do baru, potrącając przy tym biednego psa. Jako że mieliśmy ze znajomymi o wiele lepsze miejscówki, zaprosiłam dziewczyny do naszego stolika, gdzie obie mogły wygodniej usiąść i lepiej słyszeć, a czworonóg był bezpieczny. Okazało się, że jedna z moich nowych koleżanek fascynuje się grą na bębnach i kilka dni wcześniej uczestniczyła w warsztatach z Evelyn Glennie - niesłyszącą perkusistką, pochodzącą ze Szkocji, która słucha muzyki dłońmi, ramionami, kośćmi czaszki, brzuchem, klatką piersiową, nogami… Niesamowite jest to, że celem niesłyszącej w typowym rozumieniu tego słowa artystki jest "nauczyć świat słuchać". 
Od razu przychodzi mi do głowy jeden z najpiękniejszych filmów biograficznych jaki widziałam "Ray", opowiadający oczywiście o życiu Ray'a Charlesa. Gdy traci on wzrok, wyostrzają się jego pozostałe zmysły. W szczególności słuch, który prowadzi go przez resztę życia. Podziwiam osoby niewidzące a jednocześnie ogromnie im współczuję, bo życie w naszym kraju jest dla nich olbrzymim wyzwaniem. Ja, nie mająca problemu ze wzrokiem, potykam się nieraz o krzywo leżącą kostkę brukową czy dziury na chodnikach.  

A dotyk… Nie wiem jak inaczej, tak organicznie i naturalnie wyrazić uczucia, jeśli nie poprzez dotyk. Nie wyobrażam sobie, że coś, co dostarcza tyle rozkoszy, może przynosić ból. Nieraz jednak z powodu jakiegoś urazu ciała czy choroby tak się dzieje. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, jak wiele szczęścia mamy, nie cierpiąc na poważne choroby skóry czy nie będąc ofiarami straszliwych wypadków. Warto to sobie uświadamiać każdego dnia, bo są ludzie, którzy wiele by dali za to tylko, aby nie czuć bólu… 

Skąd wziął się w ogóle ten temat w mojej głowie? Bo jestem w ciąży, a moje dziecko, wg wielu mądrych autorów książek, które teraz pochłaniam jedna za drugą, właśnie zaczęło słyszeć. Początkowo docierają do niego dźwięki, jakie wydarzają się wewnątrz mojego organizmu (tak, "wydarzają" to właściwe stwierdzenie, bo nigdy wcześniej sama nie słyszałam tak wyraźnie podróży pokarmów przez moje narządy). Następnie dzidziuś (bo już dawno nie nazywamy go embrionem, a miano płodu też już się nie godzi, odkąd zobaczyliśmy całego tego mini człowieczka na USG) zaczyna słyszeć mój głos, by następnie wysłuchiwać wyraźnych odgłosów z zewnątrz. Tak więc przypuszczam, że moje maleństwo zna już odgłos szczekania Molly i dźwięk dzwonka oraz cały repertuar koncertowy mamusi i HooDoo Band'u, a także głos swojego taty. 

Ale wracając do zmysłów, ciekawe jest również to, jak sytuacja wygląda w świecie zwierząt. Np. płazy i ryby rozpoznają kierunki i siły prądu wody dzięki linii bocznej. Wiele gatunków ryb i dziobaków dzięki narządom elektrycznym wytwarza i odbiera zmiany pola elektrycznego innych zwierząt. Ciekawym zmysłem jest też rozpoznawanie pola magnetycznego, którym dysponują żółwie morskie czy pszczoły. Mnie natomiast zaintrygowała echolokacja, którą posiadają nietoperze i delfiny, potrafiące "prześwietlać" ultradźwiękami niczym ultrasonograf. Ostatnio oglądałam francuski dokument Gilles de Maistre, zatytułowany "Pierwszy Krzyk", który obrazuje jak różne podejście do porodu mają kobiety w różnych częściach świata i w jakich skrajnych warunkach przychodzą na świat ich dzieci. Urzekły mnie porody w wodzie, w towarzystwie delfinów, od lat praktykowane na Hawajach i nad Morzem Czarnym. Ich obecność sprawia, że poród odbywa się bezstresowo, bo delfiny działają uspokajająco zarówno na matkę jak i na dziecko. Skoro już mowa o delfinach, dziś rano natknęłam się na niewiarygodną informację dotyczącą tych wspaniałych stworzeń. Stephanie King i Vincent Janik z University of St Andrews, od lat badający delfiny, a w szczególności ich sposób komunikowania się między sobą dowiedli, że te wyjątkowo rozwinięte intelektualnie ssaki zwracają się do siebie konkretnymi imionami! Tak! Dokładnie tak jak ludzie. Jak donoszą uczeni na łamach najnowszego wydania pisma "Proceedings of the National Academy of Science", dorosłe już samce, którzy opuszczają rodzinę, otrzymują imię swojej matki, a samicą delfiny nadają nowe imiona, które towarzyszą im już do końca życia. Może powinniśmy z moim mężem rozważyć taką formę porodu… Tylko skąd ja wezmę we Wrocławiu delfiny? Dmuchane chyba niewiele pomogą ;) Myślę, że w tej chwili i tak wszelkie zmysły na nic się zdadzą, bo zostaną przyćmione przez coś cenniejszego niż one wszystkie - instynkt. Liczę na to, że właśnie on przez ten najważniejszy moment w moim życiu poprowadzi i mnie i moje dziecko lepiej niż wzrok czy słuch…